Korzy­sta­jąc z wol­nej sobo­ty, posta­no­wi­li­śmy wybrać się z Olą do kina na naj­now­szy film z Keanu Reeve­sem w roli głów­nej. John Wick pre­zen­to­wał się raczej śred­nio na zwia­stu­nach, ale sły­sząc, że głów­ny boha­ter korzy­sta ze swo­ich skil­l­sów wyuczo­nych pod­czas krę­ce­nia try­lo­gii Matrix, nie potrze­bo­wa­li­śmy dodat­ko­wej zachęty.

Histo­ria jest pro­sta jak budo­wa cepa i sta­no­wi jedy­nie pre­tekst do napa­rza­nia, strze­la­nia, pości­gów i nie­usta­ją­cej nawet na sekun­dę akcji. Oto on — tytu­ło­wy John Wick, były cyn­giel na usłu­gach rosyj­skie­go mafio­za, posta­na­wia odejść z bran­ży i zająć się wybran­ką ser­ca. Nie­ste­ty nie prze­wi­dział tego, że będzie ona cho­ra i po nie­speł­na czte­rech latach razem umie­ra i zosta­wia go same­go sobie. Na szczę­ście pomy­śla­ła o jego przy­szłej żało­bie i już po swo­jej śmier­ci, wysła­ła do nie­go psa, któ­ry ma mu ulżyć w chwi­lach smutku.

Ten pies był dla nie­go jedy­nym łącz­ni­kiem ze zmar­łą już uko­cha­ną. Pech chciał, że dro­gi Wic­ka i byłe­go pra­co­daw­cy jesz­cze raz się skrzy­żo­wa­ły, a wszyst­ko to za spra­wą roz­pusz­czo­ne­go synal­ka rosyj­skie­go bos­sa. Mło­dziak wła­mu­je się do domu Joh­na, krad­nie jego wóz, katu­je go do nie­przy­tom­no­ści, a co naj­gor­sze, zabi­ja jego psa [co spo­tka­ło się z gło­śnym zawo­dze­niem żeń­skiej czę­ści widow­ni]. To wła­śnie ten ostat­ni wystę­pek prze­lał cza­rę gory­czy, a Wick wie­dzio­ny chę­cią zemsty posta­na­wia wró­cić do sta­re­go fachu i uto­ro­wać sobie dro­gę do synalka.

Może się Wam wyda­wać, że stre­ści­łem cały film, ale jeste­ście w błę­dzie — to zale­d­wie pierw­sze 10 minut, któ­re sta­no­wi pre­lu­dium do jed­nej z naj­lep­szych histo­rii peł­nej prze­mo­cy, walk wręcz i gra­du kul jakie moż­na było zoba­czyć w tym roku na srebr­nym ekra­nie. Wick nie jest czło­wie­kiem, z któ­rym chce się zadzie­rać. Wszy­scy się go bali, miał wyro­bio­ną reno­mę i ludzie wole­li scho­dzić mu z dro­gi. Świet­nie wyszko­lo­ny w wal­ce wręcz i jesz­cze lep­szy w strze­la­niu, sta­no­wił śmier­tel­ne nie­bez­pie­czeń­stwo i zawsze gwa­ran­to­wał wyko­na­nie wyroku.

3

Tym co “robi” film jest humor sytu­acyj­ny, któ­ry pomi­mo ponu­re­go i bru­tal­ne­go wydźwię­ku całej pro­duk­cji, pre­zen­tu­je zależ­no­ści pomię­dzy “zawo­dem” Wic­ka, a świa­tem z któ­re­go nie­daw­no się wyrwał. Motyw z Hote­lem na dłu­go zapad­nie mi w pamięć, a jego obsłu­ga i usłu­gi jakie świad­czy ten przy­by­tek może zdzi­wić niejednego.

Ola sztur­cha mnie łok­ciem i każe wspo­mnieć o ścież­ce dźwię­ko­wej, któ­ra dobrze współ­gra z dzie­ją­cy­mi się na ekra­nie sce­na­mi. Nostal­gicz­ne prze­cią­gnię­cia smycz­ków mie­sza­ne są z moc­ny­mi basa­mi i pod­kre­śla­ją­cą tem­po per­ku­sją. Ja się pod tym pod­pi­su­ję i prze­cho­dzę do tego, co przy­cią­ga widzów do kina. Keanu jak to Keanu — drew­nia­na twarz i kośla­we ruchy, któ­re albo się kocha, albo nie­na­wi­dzi. W tej pro­duk­cji nale­ży pochwa­lić go za krę­ce­nie wszyst­kich scen wal­ki, pości­gów i popi­sów kaska­der­skich oso­bi­ście, co pozwo­li­ło na zasto­so­wa­nie bliż­szych ujęć i mniej cha­otycz­ne­go cia­cha­nia walk.

4

Widać, że po Matri­xie zosta­ło w Keanu uwiel­bie­nie do walk wscho­du. Jeśli oglą­da­li­ście Equ­ili­brium z Chri­stia­nem Bale­’m to na pew­no pamię­ta­cie słyn­ne kata z pisto­le­ta­mi — tutaj rów­nież nie zabrak­nie poty­czek na krót­kim dystan­sie, gdzie dwój­ka prze­ciw­ni­ków napa­rza się trzy­ma­jąc w dło­niach broń pal­ną. Gdy­bym miał wska­zać jakiś ele­ment, dzię­ki któ­re­mu sie­dzia­łem jak na szpil­kach, były­by to wła­śnie wal­ki wręcz. Może czas wybrać się na jakiś kurs?

Co było złe? Cza­sa­mi Keanu grał moc­no drew­nia­nie — jego bieg i dzi­wacz­ny spo­sób trzy­ma­nia bro­ni krót­kiej mogły nie­co wybi­jać z ryt­mu, ale tłu­ma­czę to sobie tym, że się nie znam i zapew­ne ktoś kazał mu to robić w ten wła­śnie spo­sób. Wyda­je mi się, że prze­zna­cze­niem tej pro­duk­cji była szu­flad­ka kina akcji ze śred­nim budże­tem i jako popcor­niak na leni­we popo­łu­dnie — John Wick speł­nia te zada­nie z nawiązką.