Mam na półce pudełko po GTA: Vice City - moim zdaniem, najlepsze GTA jakie wyszło. Wytarte, z pękniętym grzbietem, z płytą w środku porysowaną tak, że na ostatnich misjach potrafiła wczytywać się minutę. Trzymam, bo to mój dowód zakupu. Fizyczny, namacalny, niczyj poza moim. Kupiłem, mam, mogę pożyczyć synowi, mogę sprzedać, mogę zostawić w spadku razem z całą resztą bałaganu.
I właśnie dlatego, kiedy zobaczyłem, co Rockstar szykuje na 19 listopada, zrobiło mi się trochę zimno. Nie dlatego, że osiemdziesiąt dolarów to dużo. Dlatego, że za te osiemdziesiąt dolarów w wersji „pudełkowej" dostaniecie kartonik. W kartoniku kod. I tyle.
Pudełko, w którym nie ma gry
Rozłóżmy to spokojnie, bo brzmi jak żart, a nie jest. GTA VI w wersji standardowej kosztuje 79,99 dolara. Edycja Ultimate - 99,99. Premiera 19 listopada na PS5 i Xbox Series X, przedsprzedaż rusza 25 czerwca o północy. Do tego momentu wszystko mieści się w granicach tego, czego się spodziewaliśmy. Gra dekady, najdroższa produkcja w historii medium, podobno od miliarda do półtora miliarda dolarów wpompowane w jedno miasto. Okej. Rozumiem, że to musi kosztować.
Ale teraz część, której nie rozumiem. Wersja fizyczna - ta, którą kupicie w sklepie, weźmiecie do ręki, postawicie na półce obok moich wytartych pudełek - nie zawiera płyty. W środku jest kod do pobrania. Pudełka trafią do sklepów nawet tydzień przed premierą, ludzie będą je nosić do domu jak relikwie, a w środku znajdą to samo, co dostaliby mailem za darmo. Cyfrowy ciąg znaków i informację, że teraz musicie ściągnąć sto kilkadziesiąt gigabajtów.

Oficjalne tłumaczenie? Kontrola. Bez płyty Rockstar decyduje, kiedy uruchomicie grę, nawet jeśli kupicie ją wcześniej. Studio panicznie boi się przecieków - po tym, co przeszło przez ostatnie lata, trudno się dziwić. Tyle że to jest tłumaczenie, dlaczego im się to opłaca. Nie jest to tłumaczenie, dlaczego wam ma się to opłacać.
Bo skutek dla was jest jeden: kupujecie coś, czego nie posiadacie. Nie pożyczycie tego koledze. Nie sprzedacie po przejściu. Nie zaniesiecie do skupu, nie postawicie na półce z myślą, że za piętnaście lat ktoś to znajdzie i włączy. Płyta to był ostatni kawałek tej rozrywki, który naprawdę należał do gracza. Rockstar właśnie go wyjął z pudełka i zostawił sam karton.

Sklepy z używankami już to widzą. Część detalistów otwarcie zapowiada, że nie weźmie gry na półki, dopóki nie pojawi się prawdziwe wydanie z płytą. Kolekcjonerzy piszą o końcu pewnej epoki i mają rację, choć boli mnie to przyznać. Bo jeśli największa gra dekady wychodzi bez płyty, to nie jest wypadek przy pracy. To jest komunikat. I każdy inny wydawca właśnie go odczytał.
Sto dolarów udające osiemdziesiąt
Druga rzecz, na którą sieć zareagowała alergicznie, jest sprytniejsza i przez to gorsza. Bo o cenie można dyskutować, a tego, co zrobili z edycją Ultimate, bronić się po prostu nie da.
Za dodatkowe dwadzieścia dolarów dostajecie nie tylko skórki, broń i fury - to akurat standard, na to machnąłbym ręką. Dostajecie dostęp do sklepów. Pięciu konkretnych, w trybie dla pojedynczego gracza, zamkniętych za drzwiami z napisem „tylko Ultimate Edition". Dwa to warsztaty tuningu - w tym jeden w typie tej legendarnej dziupli z poprzedniej części, miejsca, gdzie ze złomu robiło się potwora. Do tego salon fryzjerski z włosami, zarostem i makijażem, sklep z ciuchami i studio tatuażu z grubo ponad pięćdziesięcioma wzorami. Dorzućcie jeszcze nalot na kryjówkę gangu i zlecenie na renowację klasyków, do których podstawowa edycja nie ma wstępu.

I tu jeden uczciwy przypis, bo nie lubię naciągać. Rockstar nie powiedział wprost, że w wersji za osiemdziesiąt dolarów nie znajdziecie żadnego fryzjera ani żadnego warsztatu. Zablokował te konkretne, „premium" zakłady. Możliwe, że podstawka dostanie własne, skromniejsze odpowiedniki. Tylko że to milczenie samo w sobie jest odpowiedzią - gdyby chodziło o parę dodatkowych skórek, napisaliby to wprost. Zamiast tego zostawili nas z pytaniem i z cennikiem.
Zatrzymajmy się tu na chwilę, bo to jest moment, w którym ktoś w Rockstarze powinien był powiedzieć „nie". Customizacja w GTA to nie dodatek. To jest połowa zabawy. Pół życia spędziłem w poprzedniej części na tuningowaniu aut, których i tak nie używałem do niczego poza pokazywaniem się w garażu. Warsztat, w którym przerabiasz złom na potwora - dla mnóstwa graczy to jest serce tej gry. I właśnie taki warsztat, ten z najlepszymi opcjami, ktoś wyjął z wersji za osiemdziesiąt dolarów i przełożył do wersji za sto.

Ludzie w sieci nazwali to wprost: to nie jest gra za osiemdziesiąt z opcjonalnym dodatkiem za sto. To jest gra za sto, która udaje, że kosztuje osiemdziesiąt, żeby liczba na plakacie nie wyglądała tak strasznie. Ktoś trafnie porównał to do modelu znanego z pewnej platformy muzycznej - formalnie masz dostęp do wszystkiego, ale to, czego naprawdę chcesz, zawsze jest piętro wyżej. Najpierw cię wpuszczają, potem pokazują, co jest za szybą.
I wiecie, co jest w tym najgorsze? Że to zadziała. Że ludzie dopłacą. Że ja, jak będę szczery, też pewnie kliknę tę droższą edycję, bo nie wyobrażam sobie GTA bez warsztatu. Take-Two doskonale o tym wie. Dlatego tę barierę postawiło dokładnie tam, gdzie zaboli najbardziej, a nie wcześniej.
A gdzie jest tryb, dla którego to kupujecie?
Teraz rzecz, o której mówi się ciszej, a która moim zdaniem jest największą bombą z opóźnionym zapłonem. Rockstar opisuje GTA VI jako „doświadczenie dla pojedynczego gracza". O nowym trybie sieciowym - ani słowa.

Zróbmy rachunek sumienia jako społeczność. Większość ludzi, którzy spędzili w poprzedniej części setki godzin, nie robiła tego w kampanii. Robiła to online. To tam Rockstar zarobił krocie, to tam toczyło się prawdziwe życie tej gry przez ponad dekadę. I teraz najnowsza odsłona wychodzi bez tego trybu na starcie.
Formalnie to nie jest nowość. Poprzednia część i ich westernowa produkcja też startowały najpierw z fabułą, a tryb sieciowy doszedł tygodnie później. Spokojnie, powiedzą fani z dobrym sercem. Dojdzie. Pewnie dojdzie. Tylko w sieci od razu pojawiło się pytanie, które wisi w powietrzu i którego nikt z Rockstara nie chce dotknąć: a jak dojdzie, to czy będzie osobno płatne? Jeden z popularniejszych wpisów po ogłoszeniu brzmiał krótko: „GTA Online 2 będzie sprzedawane osobno. Jesteśmy ugotowani". Pół żartem. Tylko że nikt się nie roześmiał, bo każdy w środku czuje, że to wcale nie musi być żart.

Na otarcie łez przedsprzedaż w wersji cyfrowej daje miesiąc abonamentu do starego trybu online. Czujecie to? Płacicie osiemdziesiąt dolarów za nową grę, a w prezencie dostajecie subskrypcję do gry sprzed kilkunastu lat. To nie jest bonus. To jest poczekalnia.
Osiemdziesiąt to nie cena. To wystrzał startowy.
Najważniejsze jest jednak to, co dzieje się piętro wyżej, ponad samym Rockstarem. Bo gdyby chodziło tylko o jedną grę, machnąłbym ręką. Nie chodzi o jedną grę.
Przez ostatni rok kilku dużych graczy ostrożnie podchodziło do bariery osiemdziesięciu dolarów i za każdym razem się cofało. Japoński producent konsol, ten od wesołych wyścigów i hydraulika, zaczął liczyć tyle za swoje sztandarowe tytuły na nowym sprzęcie - i przełknęliśmy to, bo to przecież oni, im wolno. Inny wielki wydawca ogłosił osiemdziesiąt dolarów za swój kosmiczny RPG, dostał taki łomot od graczy, że wycofał się rakiem do siedemdziesięciu jeszcze przed premierą. Rynek wysłał jasny sygnał: jeszcze nie teraz, jeszcze nie wy.

I tu wchodzi Rockstar, cały na biało. Bo Rockstar może. Bo to jedyna gra, której ludzie nie odpuszczą bez względu na cenę. Nie ma substytutu, nie ma „to poczekam na promocję", nie ma „kupię coś innego". Analitycy mówią o tym otwarcie: GTA VI nie podniesie ceny wszystkich gier, ale poszerzy przepaść między tymi, którym wolno liczyć osiemdziesiąt, a całą resztą, która musi się tłumaczyć. Rockstar nie ustawia nowej ceny. Rockstar wyłamuje drzwi, przez które za rok wejdą wszyscy inni.
Bo prawdziwe pytanie nigdy nie brzmiało, czy Rockstar może wziąć osiemdziesiąt dolarów za pudełko bez płyty i grę bez trybu sieciowego. Brzmiało: kto pierwszy będzie na tyle duży, żeby to przeżyć. Każdy wydawca w tej branży czekał, aż ktoś wiarygodny pójdzie przodem i przyjmie na klatę pierwszą falę wściekłości. Teraz ten ktoś się znalazł. A kiedy GTA VI sprzeda się w miliardach - a sprzeda się - do prezesów na całym świecie pójdzie jedna, prosta wiadomość: gracze zapłacą więcej. Zawsze płacą.
Na koniec
Co możemy zrobić? Wymagać od każdego innego wydawcy, który chce nam wcisnąć grę za 80 dolarów takiej samej jakości, jaką daje Rockstar. Będzie bolało inne firmy? Będzie. Już Baldur's Gate III pokazał, że inni mieli pod górkę, wydając swoje RPG za 60-70 dolarów, ale nie dostarczając tej jakości i dbałości o szczegóły.

Wiedząc to wszystko, jaki procent graczy nie kupi GTA VI, by miało to jakiekolwiek znaczenia dla Rockstara i Take-Two? Obawiam się, że nie możemy zrobić zupełnie nic - pociąg odjechał i czy chcemy w nim jechać, nie ma absolutnie żadnego znaczenia.
Komentarze