Ze Star Foxem nie łączy mnie żadna wielka miłość. Nie wychowałem się na Foxie McCloudzie i nie mam w szufladzie kartridża, na widok którego robi mi się miękko. Pamiętam za to jedno popołudnie u sąsiada, jakieś prawie trzydzieści lat temu, kiedy pierwszy raz usiadłem do Star Fox 64. Ten typ zabawy - szybki, arcade'owy, „lecę przed siebie i strzelam do wszystkiego, co się rusza" - wtedy mnie kupił. I teraz przeskok o te prawie trzy dekady.

Odpalam remake na Switchu 2 i normalnie opada mi szczęka. To jedna z najładniejszych rzeczy, jakie widziałem na tej konsoli. Z czystej ciekawości wygrzebałem potem screeny z wersji na Nintendo 64. No i cóż - zupełnie inaczej tę grę zapamiętałem. Pamięć potrafi być niezłym oszustem. Zanim polecimy dalej, kilka faktów. To pełnoprawny remake Star Foxa 64 z 1997 roku, zbudowany od zera przez studio Velan, ekskluzywny na Nintendo Switcha 2. Nie port, nie liftingowany remaster. Gra od podstaw.
Najładniejszy powód, żeby w ogóle odpalić Switcha 2
Zacznę od tego, co widać od pierwszej sekundy. Modele postaci przeprojektowano w stronę bardziej realistyczną i choć przed premierą część graczy kręciła nosem, mnie kupiły od razu. Wszystko chodzi płynnie, obraz jest ostry, a nawet gdy na ekranie robi się kompletny młyn, cały czas wiem, gdzie jestem i w co celuję. Do tego orkiestrowa ścieżka dźwiękowa nagrana z prawdziwym rozmachem. Pod względem oprawy to absolutny top tego, co konsola ma dziś do zaoferowania.

Postaci są po prostu śliczne, a filmiki przerywnikowe momentami ocierają się o poziom kinowy. I wiecie co? Ten kontrast ze screenami z Nintendo 64, które sobie odświeżyłem, robi piorunujące wrażenie. Gdyby oceniać wyłącznie to, jak gra wygląda i brzmi, spałbym spokojnie z notą pod sufitem.
Mapa, która rozgałęzia się jak dobra intryga
Struktura kampanii jest tu naprawdę przemyślana. Zamiast jednej sztywnej ścieżki dostajemy rozgałęziającą się mapę Lylatu, kilka różnych zakończeń i coś, co lubię najbardziej - porażka nie oznacza od razu ekranu GAME OVER, tylko zmienia trasę, którą polecicie dalej. Misje są zróżnicowane, a osobne wyzwania każą wracać do etapów i wyłapywać rzeczy, których za pierwszym razem można w ogóle nie zauważyć. To gra z drugim, a czasem i trzecim dnem, która celowo prosi o kilka podejść.

I tu pojawia się moje „ale". Doceniam ten projekt, doceniam różnorodność, ale sam sobie zadaję pytanie, czy każdy będzie chciał ogrywać te same etapy po raz kolejny. Zwłaszcza że wcale nie ma ich tak dużo. Dla mnie rozgałęzienia to zaleta, ale nie oszukujmy się - nie każdy kupujący będzie miał ochotę maksować.
Kiedy samolot nagle zamienia się w czołg
Przez większość czasu Star Fox to strzelanka na szynach - lecicie przed siebie Arwingiem i siejecie zniszczenie. Ale gra co jakiś czas zmienia zasady. Wsiadacie do czołgu Landmaster, schodzicie pod wodę łodzią Blue Marine (jest nawet zupełnie nowy podwodny etap, którego w oryginale nie uświadczyliście), a od czasu do czasu arena się otwiera i dostajecie prawdziwą przestrzeń 3D do swobodnego latania. Ta zmiana pojazdów i perspektywy przełamuje rutynę dokładnie wtedy, kiedy zaczyna się robić monotonnie.

Moment, w którym samolot zmienia się w czołg, a kamera i perspektywa lecą razem z nim, to jeden z moich ulubionych patentów w całej grze. Ale największą frajdę dało mi swobodne latanie po zamkniętej arenie, choćby przy jednym z bossów. Gdyby cała produkcja tak wyglądała, moja ocena poszybowałaby wyżej - choć rozumiem, że twórcy nie chcieli rozmontowywać struktury oryginału.
Gdybym to ja siedział przy projektowaniu sterowania
Sterowanie lekko podrasowano i dorzucono tryb myszki na Joy-Conie 2, który przy celowaniu faktycznie daje więcej precyzji. Problem w tym, że pod spodem wciąż mamy rozwiązania z 1997 roku - gotowe manewry pod jednym przyciskiem, znajome zbieranie ulepszeń, namierzanie ładowanym strzałem. To wszystko jest wierne oryginałowi, ale żadnego drzewka umiejętności czy systemu upgrade'ów tu nie uświadczycie. Rozumiem, że to remake, ale szkoda, że gry nie podciągnięto do dzisiejszych standardów.

Mam też dwie własne bolączki. Pierwsza: nie da się dostosować czułości celownika, co potrafi zaboleć. Druga to czysto projektancki pomysł. Gdybym to ja rozdawał karty, rozdzieliłbym przycisk lasera i celowanej rakiety. Teraz aż prosi się, żeby trzymać i prać z laserów bez końca, a zamiast tego włącza się tryb celowania i odpalamy rakietę. Osobny guzik na laser i osobny na rakietę - tyle wystarczyłoby, żeby strzelanie od razu leżało lepiej w rękach.
Dwie godziny za 220 złotych?
Policzmy na chłodno. Jeśli lubicie przejść wyłącznie kampanię i pognać przed siebie, to jakieś dwie godziny zabawy - chyba że wciągnie Was maksowanie tras i medali, wtedy spokojnie wyciągniecie z dziesięć, piętnaście godzin. W metce widnieje 220 zł. To mniej niż inne ekskluzywne tytuły na Switcha 2, więc cenowo nie jest to skok na kasę, ale przy tak krótkiej kampanii pytanie o wartość samo się narzuca. Gdybym nie znał oryginału, wbił w remake i skończył go w dwie godziny, mógłbym się autentycznie wkurzyć.

Do tego dochodzi jeszcze jedno - gry nie ma po polsku. Dla kogoś, kto ceni sobie rodzimą lokalizację albo dopiero wchodzi w ten świat, to realna przeszkoda, nie akademicki zarzut. Krótka kampania i brak polszczyzny to dwie rzeczy, które przy tej cenie część z Was potraktuje jak twardy argument na „nie".
Sieciowy młyn i połowiczne co-op
Poza kampanią dostajemy tryb sieciowy 4v4 oraz lokalną kooperację. Na papierze brzmi to świetnie, w praktyce wychodzi skromniej - trzy mapy i trzy tryby sprawiają, że całość smakuje bardziej jak dodatek niż pełnoprawny filar. Kooperacja z kolei nie polega na tym, że każdy prowadzi własnego Arwinga. Dwie osoby dzielą się jedną maszyną: jedna pilotuje, druga celuje i strzela. To bezpieczne, mało finezyjne rozwiązanie, choć podstawowa rozgrywka aż się prosi o coś większego.

Sam tryb online bywa nieco chaotyczny. Potrafi dać frajdę na krótką sesję, ale mam wrażenie, że nawet zagorzali fani nie zostaną tu na długie godziny. Fajny przerywnik między podejściami do kampanii, ale nie powód, dla którego wrócicie do gry za miesiąc.
Odrestaurowany zabytek, którym nie pojeździcie codziennie
Nowy Star Fox to jeden z najładniejszych remake'ów, jakie widziałem, i chyba najlepszy sposób, żeby wejść w tę serię od zera. Zachwyca oprawą, przemyślaną, rozgałęzioną strukturą misji i tymi momentami, w których wsiadacie do czołgu albo dostajecie otwartą arenę do swobodnego latania. Kupią go bez wahania nowicjusze, gracze łaknący nostalgii i wszyscy, dla których liczy się przede wszystkim to, jak gra wygląda i brzmi.

Odbiją się od niego ci, którzy oczekiwali nowoczesnego przemyślenia formuły, drzewka umiejętności, dłuższej kampanii albo polskiej wersji - a także ludzie, którzy z założenia nie lubią powtarzać tych samych etapów. Bo to trochę jak pięknie odrestaurowany zabytkowy samochód: wygląda oszałamiająco, na krótkiej przejażdżce serce bije mocniej, ale nie ma klimatyzacji, tempomatu ani miejsca na zakupy, i na co dzień raczej nim nie pojeździcie.

Ja bawiłem się świetnie - tylko krócej, niż bym chciał.









Podziękowania dla Nintendo za udostępnienie kopii do recenzji.
Komentarze