Piąta część przygód Chudego celuje prosto w rodzica, a o dziecku zapomina po drodze. Zrobiona z głową, technicznie bez zarzutu i kompletnie niepewna, do kogo właściwie mówi.
Trójka wszystko zamknęła. Po co nam piątka?
Mało kto liczył, że ten film będzie czymś więcej niż odgrzewaniem marki. Tymczasem to nie jest cyniczne odcinanie kuponów i piszę to z prawdziwą ulgą. Andrew Stanton i McKenna Harris naprawdę mieli pomysł, a nie tylko spreparowany powód do nakręcenia kolejnego filmu. Premiera w polskich kinach była 17 czerwca, kategoria PG jest tu w pełni zasłużona, a sam pomysł chwilami przypomina drugą część serii bardziej, niżby chciał.
Jessie przejmuje stery, a Chudy i Buzz robią za tło
Najlepsza decyzja filmu zapada szybko: bohaterką numer jeden zostaje Jessie. Kowbojka raz już została porzucona przez pierwszą właścicielkę, więc gdy patrzy, jak Bonnie odpływa w stronę ekranu, jej walka o uwagę dziecka ma realny emocjonalny ciężar. Joan Cusack wraca do roli tak, jakby nigdy z niej nie wyszła, i to ona ciągnie ten film.

Gorzej, że Chudy i Buzz lądują na trzecim planie. Chudy wraca głównie po to, żeby Buzz miał z kim pogadać, a sam Buzz plącze się z boku jako nieśmiały podrywacz. Jeśli przez trzydzieści lat kochaliście tę serię za chemię między kowbojem a astronautą, wyjdziecie z kina lekko odstawieni na boczny tor.
Wróg ma żabią mordkę, a film boi się go potępić
Tablet Lilypad mógł być tanim, kreskówkowym potworem, a na szczęście nie jest. To nie elektronika jest tu czarnym charakterem, tylko wygodnictwo i cyfrowa izolacja, podane pod sympatyczną żabią obudową. Przez większość seansu twórcy trzymają równowagę z godną podziwu dyscypliną, pokazując dwie strony medalu.

I tu mam główny zarzut. Film przez półtorej godziny buduje twardą tezę o ekranach kradnących dzieciństwo, po czym w finale grzecznie się z niej wycofuje. Dla dorosłego to uczciwe postawienie sprawy. Dla siedmiolatka morał rozjeżdża się kompletnie, bo co dziecko ma zrozumieć z komunikatu „tablet jest zły, ale jednak nie, a w sumie spoko"?
Dla kogo to właściwie jest?
To pytanie chodzi za widzem przez cały seans i nie ma na nie dobrej odpowiedzi. Dla dzieci historia bywa za poważna i za gęsta, miejscami naprawdę mroczna. Dla rodziców to czuły strzał w sam środek współczesnego rodzicielstwa. A dorosły widz bez dzieci, który po prostu lubił te filmy, ma szansę wynudzić się równo w połowie drugiego aktu.

Millenialsi w wieku dorosłego Andy'ego są dziś rodzicami i piątka świetnie o tym pamięta. Kłopot w tym, że buduje swój przekaz wyłącznie pod nich i kompletnie zapomina, że na widowni siedzą też dzieci.
Technicznie miażdży, a kredką rozkłada na łopatki
Pod względem wizualnym to branżowe mięcho, z nowym systemem olinowania modeli widocznym w każdym drobnym ruchu. Najmocniej dostają jednak sceny wyobrażonych zabaw, w których animacja przechodzi w rysunek dziecięcą kredką. Ten jeden prosty zabieg mówi o sile dziecięcej wyobraźni więcej niż cała reszta filmu.

Polski dubbing znów odrabia pracę domową i spokojnie można iść na seans bez poczucia straty. Boli za to brak kultowej piosenki, która od dekad podkręcała klimat każdej części - w zamian dostajemy niezły utwór, tyle że to jednak nie to, na co część z nas czekała.
Werdykt
„Toy Story 5" to kino dla rodziców podane jako kino dla dzieci i na tym rozjeździe traci najwięcej. Macie dzieciaki i kochacie serię - idźcie śmiało, bo dostaniecie solidną, miejscami przepiękną opowieść; reszta spokojnie może poczekać na streaming.

To jak nowa zabawka, którą dziecko rozpakowuje, bawi się dziesięć minut i odruchowo sięga z powrotem po tablet - z tą różnicą, że tym razem sam film o tym wie i nic nie potrafi na to poradzić.
Komentarze