Projekt Hail Mary to jeden z tych filmów, które kończą się w kinie, a zaczynają w głowie.
Wyszedłem z Multikina z żoną i od razu zacząłem ją zasypywać pytaniami. Celowo chciałem wyczaić, co myśli, zanim zacznę zagłuszać ją swoimi opiniami. Żona absolutnie nieświadoma ani fabuły, ani materiału źródłowego, ani żadnego zwiastuna wyszła z seansem numer jeden w swojej topce. Takiego efektu nie planowałem.
Ja książkę czytałem. Wiedziałem, co nadchodzi. I przez cały seans czekałem na potknięcie, na moment, gdzie Hollywood pójdzie na skróty i wszystko się posypie. To potknięcie nie przyszło.
Obudzić się w kosmosie bez instrukcji obsługi
Za kamerą stanął duet Phil Lord i Christopher Miller ci sami, co zrobili The Lego Movie i SpiderMan: Into the SpiderVerse. Nie są może pierwszym skojarzeniem z twardym scifi, ale właśnie to sprawia, że wybór ma sens. Lord i Miller wiedzą, jak zbudować postać, która jest śmieszna i wzruszająca jednocześnie, i to jest dokładnie to, czego ten film potrzebował. Scenariusz napisał Drew Goddard, który adaptował już dla Weira Marsjanina i zrobił to na tyle dobrze, że dostał za to nominację do Oscara. Tutaj wraca do tej samej przestrzeni i tym razem ma do czynienia z materiałem jeszcze trudniejszym.
Ryland Grace (Ryan Gosling) budzi się na statku kosmicznym. Nie wie, kim jest. Nie wie, gdzie jest. Nie wie, dlaczego jego dwóch towarzyszy podróży nie żyje. Gosling robi tu to, co potrafi najlepiej w swoich ostatnich rolach gra faceta, który śmieje się z własnej sytuacji, bo inaczej by płakał. Ta autoironia, którą widzieliśmy już w Barbie czy The Fall Guy, tutaj działa idealnie. Grace to nie jest chłodny superinteligentny astronauta z plakatu NASA. To nauczyciel fizyki ze szkoły podstawowej, który trafił w nieodpowiednie miejsce i musi sobie z tym jakoś poradzić.

Parallel editing między teraźniejszością na statku a flashbackami z Ziemi pełni tu ważną funkcję nie jest ozdobnikiem, tylko mechanizmem budowania postaci. Każdy powrót do przeszłości Grace'a daje nam kolejny kawałek puzzla, przez co film trzyma w napięciu nawet wtedy, gdy technicznie nic się nie dzieje. Tylko człowiek i dwie martwe ciała w sąsiednim pomieszczeniu.
Rocky najlepsza kreacja kosmity od lat
Powiem od razu: Rocky kradnie ten film. I robi to legalnie, bez żadnych sztuczek. Kosmita pająkopodobna istota zbudowana z żywych skał, komunikująca się przez dźwięki przypominające wielorybie pieśni mógł wyjść jak Muppet w drogim opakowaniu. Lord i Miller zaryzykowali lalkarstwo zamiast pełnego CGI i wyszło im coś, w co chce się wierzyć. James Ortiz za lalkarstwem i głosem stworzył postać, która ma charakter, humor i własne zasady.

Relacja Grace Rocky to serce całego filmu. Dwóch facetów z różnych układów słonecznych, których gwiazdy umierają z tego samego powodu, muszą razem coś z tym zrobić. Nie mają wspólnego języka. Nie oddychają tym samym powietrzem. Nie mają nawet zbliżonej budowy ciała. A jednak scena, w której po raz pierwszy spacerują razem po kolorowej linii komunikacyjnej, którą sami stworzyli, jest jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie widziałem w kinie w tym roku. Bez patosu, bez orkiestry grającej pełną parą. Po prostu dwóch gości, którzy właśnie wymyślili wspólny język i bardzo się z tego cieszą.
Jak wiernie? Zaskakująco wiernie
Jako czytelnik Weira byłem przed seansem na pograniczu entuzjazmu i czujności. Adaptacje pisarza, który lubuje się w rozpisywaniu procesów naukowych na dziesiątkach stron, to kino szczególnego ryzyka. Goddard przy Marsjaninie poradził sobie z tym wzorowo. Ale Projekt Hail Mary jest materiałem trudniejszym jest w nim więcej nauki, więcej samotności, więcej długich scen, które w książce działają na poziomie wewnętrznego monologu.

Goddard, Lord i Miller wzięli materiał i zamiast go skrócić, zrozumieli go. Tam, gdzie książka spędza strony na szczegółach naukowych, film zamienia je na humor i dynamikę relacji nie tracąc przy tym istoty rzeczy. Zmienione lub skrócone wątki mają sens z perspektywy medium. Twórcy walczyli też, żeby zachować zakończenie zgodne z oryginałem i słychać, że nie poszli na łatwizny. W świecie, gdzie studia zazwyczaj wymuszają happy end z fanfarami, to coś naprawdę rzadkiego.
Kosmos, który czuć w kościach
Zdjęcia robi Greig Fraser, człowiek odpowiedzialny za Dune i Batmana. Przestrzeń kosmiczna wygląda tu jak coś ogromnego i obojętnego, nie jak tło do bohaterskich pozycji. Statek Hail Mary nakręcono na prawdziwym, fizycznie zbudowanym secie i to czuć w każdej scenie. Jest w tym coś analogowego, coś z klimatu lat 90. science fiction, kiedy efekty specjalne były ciężkie i namacalne. Decyzja o fizycznych modelach i lalkarstwie zamiast pełnego CGI to odważny wybór, który się opłacił.

Muzykę skomponował Daniel Pemberton i robi to bez zbytniego epatowania. Nie ma tu bombastycznych tematów, które krzyczą ile emocji mamy teraz czuć. Jest ścieżka, która idzie za filmem, a nie go prowadzi.
Dwie i pół godziny, które nie bolą
Tak, film trwa 156 minut. Tak, przy takim materiale źródłowym to jedyna opcja. Tempo jest nierówne celowo film zwalnia tam, gdzie relacja tego wymaga, i przyspiesza tam, gdzie nauka prowadzi do odkrycia. Ktoś nastawiony na blockbuster akcji co pięć minut będzie rozczarowany. Ktoś, kto chce siedzieć z postaciami i myśleć razem z nimi, dostanie dokładnie to, czego szukał. Żona, która weszła do kina bez żadnego kontekstu, wyszła nie czując tych 156 minut. To chyba najlepsza miara tempa.
Kilka zgrzytów
Nauka jest uproszczona. Ktoś kto naprawdę siedzi w astrofizyce znajdzie momenty, które uwierają. Rozwiązania przychodzą czasem za łatwo jest to, zróbmy to, działa. W książce cały proces kosztuje więcej. Na ekranie to pójście na skróty jest usprawiedliwione tempem, ale zostaje po nim lekki posmak niedosytu. Sandra Hüller jako Eva Stratt jest świetna w tym co dostaje, ale dostaje stanowczo za mało. Pierwsza godzina przed pojawieniem się Rocky'ego wymaga od widza cierpliwości, którą nie wszyscy przyniosą do kina.

Najlepszy film roku i jest dopiero czerwiec
Projekt Hail Mary to najlepszy film science fiction od czasu pierwszego Dune. Lord i Miller udowodnili, że można zrobić twardy kosmiczny dramat i jednocześnie najśmieszniejszy film o przyjaźni człowieka z kosmitą od dekad. Gosling daje tu swoją najlepszą rolę od Barbie, a Rocky to postać, o której nie zapomnisz przez długo po wyjściu z kina. Goddard z kolei potwierdza, że jest jednym z najlepszych adaptatorów w Hollywood dwa razy z rzędu wziął Weira i dwa razy wyszedł z tego z twarzą.
Komentarze