Nintendo ma niezwykły talent do robienia gier, które wyglądają jak coś dla dzieci, a potem okazuje się, że grasz w nie sam, w nocy, z herbatą w ręku i szerokim uśmiechem na twarzy. Yoshi i tajemnicza księga to najnowszy dowód na tę tezę - Switch 2, Good-Feel jako studio i koncept tak absurdalnie uroczy, że ciężko się oprzeć.

Mister Encyclopedia potrzebuje pomocy

Fabuła zaczyna się od tego, że Bowser Jr. kradnie ojcu jakąś księgę - jak to Bowser Jr. Przez serię niefortunnych zdarzeń księga ląduje na wyspie Yoshich. Okazuje się, że to żywa encyklopedia imieniem Mr. E, która straciła wiedzę o stworzeniach zamieszkujących jej strony. Yoshi zostaje rekruterem - wchodzi do środka, bada stworzenia i uzupełnia puste strony. Bowser Jr. jest też gdzieś w tej księdze i szuka czegoś swojego. Fabuła jest pretekstem i wszyscy to wiedzą - ale pretekst jest na tyle uroczy, że w pełni akceptujesz warunki umowy.

Każde odkryte stworzenie możesz nazwać jak chcesz - i ta nazwa zostaje z nim do końca gry. Nintendo wbudowało personalizację w mechanikę, a nie tylko w menu ustawień - i to jest mały, ale naprawdę sprytny pomysł. Kiedy w późniejszym rozdziale napotykasz Glubbita, którego nazwałeś w pierwszej godzinie, i okazuje się, że ma kluczową rolę w rozwiązaniu zagadki - poczucie własności jest prawdziwe i śmieszne jednocześnie.

Prawie jak platformówka

Yoshi i tajemnicza księga to nie jest gra, w której przechodzisz z lewej do prawej i dochodzisz do flagi. Poziomy są małymi pudełkami pełnymi stworzeń do zbadania - każde ma unikalne zdolności, każde reaguje inaczej na lizanie, połknięcie, rzucenie jajkiem, uderzenie ogonem albo przytulenie. Cel w każdym rozdziale to nie „dotrzyj do końca", tylko „dowiedz się wszystkiego o tym stworzeniu" - i ta zmiana filozofii robi z tego zupełnie inną grę niż wszystkie poprzednie odsłony Yoshi.

Centrum jest ciekawość. Co się stanie, jeśli wezmę tego pająka i rzucę nim w tamtą kałużę? A jeśli zjem tego świetlika i wejdę do ciemnego tunelu? Gra nagradza eksperymentowanie gwiazdkami, które odblokowują kolejne rozdziały. To jest zupełnie inna pętla niż klasyczna platformówka i dla kogoś nastawionego na standardowego Yoshiego - może być zaskoczeniem. Jeśli wejdziesz w to bez oczekiwań, jest niesamowite. Jeśli chcesz Yoshi's Island - tego tu nie ma.

Wygląda jak bajka z lat dziewięćdziesiątych

Animacja naśladuje stop-motion, z celowo obniżoną liczbą klatek przy niektórych ruchach, co daje wrażenie ożywionej ilustracji z książki dla dzieci. Tła są malowane, stworzenia mają szkicowe obrysy, kolory są nasycone jak kredki wyjęte z nowego pudełka. W kilku momentach zatrzymałem się tylko po to, żeby popatrzeć - i to w grze o zielonym dinozaurze pożerającym dziwne zwierzęta. Powiem uczciwie: grałem wyłącznie w trybie handheld i nie żałuję ani jednej sekundy tej decyzji. To jest idealna gra do łóżka, do kanapy, do wyjazdu pociągiem. Jeden rozdział wieczorem przed snem - jak czytanie bajki, tylko że sam jesteś jej bohaterem.

Na małym ekranie oprawa wygląda przepięknie, kolory żyją, a ilustracyjny styl sprawia, że Switch 2 w rękach czujesz jak książkę z obrazkami. Na Switch 2 całość działa płynnie technicznie - silnik chodzi w 60 FPS, a poklatkowa animacja postaci to celowy wybór artystyczny, nie błąd. Jest jeden podział, który warto znać przed zakupem: część graczy mówi, że po kilku minutach stop-motion staje się częścią uroku. Inni twierdzą, że nigdy do tego nie przywykli. Sam należę do pierwszej grupy - po kwadransie przestałem to widzieć jako „poklatkowe" i zacząłem widzieć jako „ożywiona ilustracja".

Muzyka, która zostaje

Każdy rozdział ma własny motyw muzyczny dopasowany do stworzenia, które odkrywasz - jest rozdział z jazzem, jest z muzyką pudełkową, jest z brzęczącymi, owadzimi dronami w tle. Kompozytor wyraźnie dostał zielone światło na zaszalenie i w pełni z niego skorzystał. Muzyka buduje nastrój każdego rozdziału równie skutecznie co grafika - razem tworzą spójne, zamknięte światy. Dźwięki odkryć - ta krótka animacja z napisem i charakterystycznym „ding" przy każdym nowym wpisie do encyklopedii - są zaprojektowane tak, żeby dawać mikro-satysfakcję.

To jest ta sama filozofia co folia bąbelkowa: pękanie każdej bańki jest bez znaczenia, ale nie możesz przestać. Przez pierwsze dwie godziny odkrywałem rzeczy kompletnie niepotrzebne do postępu, tylko dlatego, że chciałem usłyszeć ten dźwięk jeszcze raz.

Poniżej przymiarki mojego 7-latka ;)

Za krótkie, za łatwe

Główna historia trwa sześć do ośmiu godzin. Przy normalnym tempie grania możesz skończyć główne rozdziały w jeden długi weekend bez żadnego wysiłku - i przy cenie gry to jest pytanie, na które trzeba odpowiedzieć uczciwie. Dodatkowe cztery rozdziały post-game i kompletowanie odkryć wydłużają to do piętnastu godzin dla perfekcjonistów, ale dla kogoś, kto chce po prostu przejść grę, to szybkie doświadczenie.

Co do trudności - dla dorosłego gracza ta gra nie stanowi żadnego wyzwania. Przeszedłem ją bez jednej poważnej chwili zastanowienia. Ale mój syn kilka razy poprosił o pomoc - i to jest chyba najuczciwszy wskaźnik poziomu trudności, jaki mogę podać. Dla dziesięciolatka są tu momenty, które wymagają chwili myślenia. Dla dorosłego gracza - nie ma. Nie jest to wada jeśli wiesz, dla kogo kupujesz.

System odkryć: nie możesz przestać

Każdy poziom ma dziesiątki możliwych interakcji z każdym stworzeniem - a tylko część z nich jest potrzebna do zaliczenia rozdziału. Reszta to odkrycia dla samego odkrywania. Czy wiesz, że ten konkretny ślimak zmienia kolor po połknięciu innego ślimaka? Nie musisz tego wiedzieć. Ale kiedy to odkryjesz przypadkowo, dostaniesz gwiazdkę, animację i wpis w encyklopedii.

System nagradza ciekawość bez karania za jej brak - i to jest rzadka umiejętność w projektowaniu gier. Odkrycia z późniejszych rozdziałów otwierają nowe możliwości w już zaliczonych. Możesz wrócić do pierwszego rozdziału z nowo poznanym stworzeniem i nagle okazuje się, że jest tam pięć rzeczy, których nie mogłeś zrobić przy pierwszej wizycie. To jest replayability wbudowany nie w „zbierz sto monet", tylko w „wróć bo teraz rozumiesz więcej". Przemyślana, elegancka pętla.

Polska lokalizacja, a raczej jej brak

To jest ten punkt, przy którym muszę się zatrzymać, bo boli szczególnie przy tej konkretnej grze. Yoshi i tajemnicza księga nie ma polskich napisów - a to gra, w której czytanie opisów odkryć i wskazówek Pana E jest centralną mechaniką. Angielski, kilka innych języków - tak. Polski - nie. Boleje nad tym tym bardziej, że Nintendo w ostatnim czasie wyraźnie zaczęło traktować Polskę poważniej - kilka innych tytułów na Switch 2 dostało już polskie napisy.

Pominięcie polskiej lokalizacji akurat w tytule skierowanym do dzieci jest niezrozumiałe. Jeśli Twoje dziecko nie czyta jeszcze po angielsku, część uroku tej gry po prostu przepadnie - i to jest realna wada, nie akademicki zarzut.

To nadal gra dla dzieci

Yoshi i tajemnicza księga to idealna gra dla rodzica z dzieckiem - mechaniki są dostępne, grafika zachwyca oboje, a system odkryć daje dzieciom poczucie sprawczości bez frustracji. To też dobra gra dla kogoś, kto chce czegoś relaksującego między ciężkimi tytułami - jedenaście rozdziałów po kwadrans każdy, zero presji, zero grind. Grałem po jednym rozdziale wieczorem przed snem i każdy wieczór kończyłem z tym samym uczuciem, że jeszcze jeden nie zaszkodzi.

Nie jest to gra dla kogoś szukającego wyzwania platformowego ani dla kogoś, kto chce spędzić z grą Yoshiego czterdzieści godzin i dostać epicką przygodę. To zupełnie inny rodzaj gry i porównywanie jej do najsłynniejszej odsłony serii jest jak narzekanie, że kryminał nie jest romansem. Oceniaj tę grę za to, czym jest - nie za to, czym nie jest.

Podsumowanie

Łatwo byłoby skrytykować Yoshi i tajemniczą księgę za to, czym nie jest - nie jest długa, nie jest trudna, nie ma polskich napisów mimo że jest idealna dla dzieci. Ale kiedy patrzę na to, czym jest, trudno mi znaleźć grę na Switch 2, która robi swoje z większą precyzją i większą radością.

Good-Feel wiedziało dokładnie co tworzy: ożywioną encyklopedię pełną stworzeń do odkrycia, z muzyką, która zostaje w głowie, grafiką, która wygląda jak sen, i mechaniką, która nagradza ciekawość zamiast cierpliwości. Grałem w handheldzie, wieczorami, po jednym rozdziale - i każdy wieczór kończyłem z tym samym uczuciem, że jeszcze jeden nie zaszkodzi. Punkt odjęty za brak polskiej lokalizacji, który przy grze dla dzieci jest decyzją trudną do zrozumienia. Reszta jest świetna w tym, co obiecuje i patrząc z perspektywy dziecka, które siedzi i chłonie ten świat, jestem pewien, że Yoshi znajdzie swoje miejsce na półkach wielu posiadaczy Switcha 2.


Podziękowania dla Nintendo za udostępnienie kopii do recenzji.

Kup teraz zaktualizowano: dziś