Jestem świe­żo po zoba­cze­niu począt­ku pią­te­go sezo­nu seria­lu „The Wal­king Dead” – jego pierw­szy epi­zod to jeden z naj­krwaw­szych i naj­bru­tal­niej­szych w histo­rii tego two­ru. Jestem jed­ną z takich osób, któ­re były nie­co znu­dzo­ne wię­zien­ny­mi prze­py­chan­ka­mi Ric­ka i Guber­na­to­ra. Nie umniej­sza­jąc temu dru­gie­mu, któ­ry wzbu­dzał odra­zę i widz chciał mu przy­lu­to­wać na dzień dobry, ale poprzed­ni sezon był znacz­nie wol­niej­szy i mam nadzie­ję, że teraz cze­ka nas powrót na sta­re, spraw­dzo­ne tory.

Tra­dy­cyj­nie uprze­dzam przed spoj­le­ra­mi, któ­rych w opi­sie odcin­ka nie da się pominąć.

 

Ci, któ­rzy obej­rze­li ostat­ni odci­nek poprzed­nie­go sezo­nu wie­dzą, że Rick i jego weso­ła gro­mad­ka tra­fi­li w ręce kani­ba­li, któ­rzy nie cof­ną się przed niczym, by zagu­bio­nych w okrut­nym świe­cie wędrow­ców prze­ro­bić na parów­ki. Już na począt­ku 05x01 Rick, Glenn, Daryl i Bob zosta­li siłą przy­wle­cze­ni do, nazwij­my to umow­nie, „uboj­ni”, gdzie wraz z czwór­ką innych więź­niów mie­li doko­nać swo­je­go żywo­ta. Zwróć­my uwa­gę na tę sce­nę, gdzie ludzi trak­tu­je się niczym świ­nie – ogłu­sza­ją­ce ude­rze­nie z kija bejs­bo­lo­we­go i natych­mia­sto­we pode­rżnię­cie gar­dła. Myśli­cie, że zosta­ło to w jakiś spo­sób ocen­zu­ro­wa­ne lub uka­za­ne z kąta, któ­ry zosta­wi spo­ro miej­sca dla wyobraź­ni? Pomy­śl­cie jesz­cze raz. Szo­ker po raz pierwszy.

Dru­gim był moment, kie­dy zda­cie sobie spra­wę, że umie­ra­ją­cy jako pierw­szy blon­dyn to ten sam aktor, któ­ry wcie­la się w Cob­ble­po­ta w opi­sy­wa­nym prze­ze mnie seria­lu Gotham. Cóż, tutaj sobie nie pograł. Carol wycho­dzi zni­kąd i naj­pierw roz­wa­la butlę z pro­pa­nem przy uży­ciu paru kul i petar­dy (śmie­szek po raz pierw­szy), a następ­nie uży­wa tak­ty­ki z jed­ne­go z poprzed­nich odcin­ków i nacie­ra się wnętrz­no­ścia­mi zom­bia­ka, by przejść razem z nimi na teren Ter­mi­nu­sa. How awe­so­me is that? Przy­znam, że nie nale­żę do jej fanów, ale w tym odcin­ku ktoś chy­ba zbyt moc­no chciał pod­ra­so­wać jej rolę jako nie­ugię­tej kobie­ty, któ­ra na począt­ku oba­wia­ła się bicia przez męża, a teraz wali head­sho­ty niczym Leon z serii Resi­dent Evil. Od mniej wię­cej 1/3 fil­mu gów­no ude­rzy­ło w wia­trak i krę­ci­ło się ochla­pu­jąc wszyst­ko dooko­ła aż do same­go koń­ca. Tego chcia­łem, nie sie­lan­ki na far­mie czy sta­bi­li­za­cji w wię­zie­niu – chcę cha­osu, dzie­sią­tek zom­bie, chwy­ta­nia co jest pod ręką i dre­no­wa­nia cza­szek – o takie Wal­king Dead wal­czy­łem! I takie dostałem.

Ostat­nie odcin­ki czwar­te­go sezo­nu oglą­da­łem z pal­cem na przy­ci­sku odpo­wie­dzial­nym za prze­wi­ja­nie, ale ten wyjąt­ko­wo przy­padł mi do gustu – było bru­tal­nie, bez­po­śred­nio i bez­par­do­no­wo. Matt appro­ves. Z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kam na kolej­ny, szcze­gól­nie po końcówce.