Star Trek: W Nie­zna­ne to pierw­szy, odno­wio­ny Star Trek, któ­re­go reży­se­rem nie jest już J.J. Abrams. Bałem się, że Justin Lin, zna­ny dotych­czas głów­nie z reży­se­ro­wa­nia kolej­nych odsłon Szyb­kich i Wście­kłych nie da sobie rady w nowym gatun­ku. Muszę powie­dzieć, że już po sean­sie, moje ser­ce jest moc­no roz­dar­te.

Poprzed­nie czę­ści, choć kry­ty­ko­wa­ne przez zatwar­dzia­łych fanów Star Tre­ka, prze­ma­wia­ły do mnie pro­sto­tą prze­ka­zu, humo­rem i spek­ta­ku­lar­ny­mi sce­na­mi okra­szo­ny­mi masą efek­tów spe­cjal­nych. Oglą­da­łem film sci-fi naj­wyż­szej pół­ki, któ­ry jed­no­cze­śnie dostar­czał spo­ro roz­ryw­ki i był przy­stęp­ny nawet dla kogoś, kto tego gatun­ku nie do koń­ca tra­wi. Ja sam wcią­gną­łem się w serię dopie­ro za spra­wą fil­mów Abram­sa. Seria­li jest tyle, że cięż­ko było mi wsko­czyć w kon­kret­ną serię, bo zawsze chcę zoba­czyć wszyst­ko chro­no­lo­gicz­nie. Restart fil­mo­we­go uni­wer­sum był mi bar­dzo na rękę.

Poprzed­nie Star Tre­ki Abram­sa lubi­łem, lubię też serię Szyb­cy i Wście­kli [no co, każ­dy ma swo­je grzesz­ki], co tutaj mogło pójść nie tak? Nie­ste­ty, spo­ro. Naj­pierw pona­rze­kam. Justin Lin powi­nien zostać przy samo­cho­dach. Gdy­by nie sce­na­riusz, któ­ry współ­two­rzył Simon Pegg oraz bar­dzo dobre kre­acje Kar­la Urba­na i Zachary’ego Quin­to, nie wiem czy wysie­dział­bym w kinie. Wyda­je mi się, że reży­se­ro­wi cięż­ko wczuć się w kli­mat sci-fi i sto­so­wał chwy­ty, do któ­rych przy­zwy­cza­ił nas w serii Fast & Furio­us. Nie­ste­ty te wła­śnie zagra­nia nie są uni­wer­sal­ne, podą­ża­nie cyfro­wą kame­rą za obiek­ta­mi w kosmo­sie aż pro­si się o sze­ro­kie uję­cia. Jedy­ną spek­ta­ku­lar­ną sce­ną była ta, w któ­rej naj­bar­dziej ucier­piał USS Enter­pri­se, póź­niej akcja nie­co sia­da, by pod koniec zno­wu przy­spie­szyć. Przez to nie­rów­ne tem­po, dla mnie film mógł­by być krót­szy o jakieś 30 minut, co wyszło­by mu tyl­ko na dobre. Mier­zi­ło też doda­nie wąt­ku homo­sek­su­al­ne­go Sulu. Po tym wszyst­kim, cze­ka­łem tyl­ko na sce­nę,  w któ­rej Enter­pri­se miał­by 30 bie­gów i dri­fto­wał w Dro­dze Mlecz­nej.

Odstaw­my reży­se­ra na bok, skup­my się na tym, czym tym razem chcia­no nas przy­cią­gnąć do kin. Dla mnie nie­wąt­pli­wym wabi­kiem był angaż Idri­sa Elby. Jeśli nie wie­cie kto to jest, zapra­szam do Google i nad­ra­bia­nia m.in. genial­nych seria­li: The Wire i Luther. W Star Trek: W nie­zna­ne, Elba wcie­la się w postać głów­ne­go złe­go, Kral­la. Pamię­ta­cie co mówi­łem o mie­sza­nych uczu­ciach? Z jed­nej stro­ny dosta­je­my dobrze zary­so­wa­ne­go anta­go­ni­stę, ale z dru­giej stro­ny w porów­na­niu z Kha­nem z poprzed­niej czę­ści, Krall jest mi zupeł­nie obo­jęt­ny. Tak samo jak los kapi­ta­na Kir­ka, któ­ry ma dość eks­plo­ra­cji nie­zna­nych zakąt­ków Wszech­świa­ta oraz pery­pe­tie Spo­cka, któ­ry musi udo­bru­chać dziew­czy­nę i zmie­rzyć się z powin­no­ścia­mi wobec swo­je­go ludu.

Star Trek: Beyond 1

Plus za god­ne poże­gna­nie Leonar­da Nimoya, choć to nie ten widok zabo­lał mnie naj­bar­dziej. O wie­le bole­śniej­sze było oglą­da­nie na ekra­nie Che­ko­va, gra­ne­go przez Anto­na Yel­chi­na. Jak już zapew­ne wie­cie, aktor ten zmarł, kie­dy film był już w post­pro­duk­cji, więc nie zoba­czy­my go w ewen­tu­al­nych kon­ty­nu­acjach cyklu. Wiel­ka szko­da, bo Anton miał zale­d­wie 27 lat…

Star Trek od zawsze koja­rzył mi się z USS Enter­pri­se, kosmo­sem i jego eks­plo­ra­cją – ta część fil­mu w więk­szo­ści odgry­wa się na powierzch­ni pla­ne­ty i przez to, przy­naj­mniej dla mnie, kli­mat moc­no na tym ucier­piał. Wpro­wa­dzo­no postać Jay­lah, któ­rą odgry­wa Sofia Boutel­la [zna­na m.in. z roli złej asy­stent­ki Samu­ela L. Jack­so­na z fil­mu King­sman] – cał­kiem nie­złą trze­ba dodać, ale to wciąż nie to. Ale wie­cie co, te całe narze­ka­nie i tak nie ma sen­su, bo…

IMAX spo­ro wyba­cza. Nie bez powo­du wybra­no Justi­na Lina na reży­se­ra tego spek­ta­klu. Ma on do czy­nie­nia z szyb­ki­mi, kolo­ro­wy­mi i peł­ny­mi akcji fil­ma­mi. Taki wła­śnie jest Star Trek: W nie­zna­ne. Jest szyb­ki, rwa­ny, dyna­micz­ny i do bólu kolo­ro­wy. Wszyst­ko wybu­cha, prze­la­tu­je przez ekran, kame­ra podą­ża dyna­micz­nie za boha­te­ra­mi i trzę­sie się przy każ­dym wybu­chu. To wła­śnie styl Fast & Furio­us i takie zabie­gi są nie­przy­pad­ko­we. Nie wiem jak w zwy­kłym kinie, pod­czas sean­sów 2D, ale w IMAX czu­łem się jak część wido­wi­ska, a nie tyl­ko bier­ny widz. Sce­ny w kosmo­sie, choć nie­licz­ne, wywo­łu­ją na twa­rzy szcze­ry uśmiech dziec­ka zapa­trzo­ne­go w gwiaz­dy nocą.

Star Trek: Beyond 2

Udźwię­ko­wie­nie, a w szcze­gól­no­ści ścież­ka dźwię­ko­wa skło­ni­ła mnie do poważ­nej reflek­sji na temat sta­nu moich kolumn w miesz­ka­niu. Nawet w momen­tach, któ­rych fani Star Tre­ka nie mogli się spo­dzie­wać, mam tu na myśli „muzy­kę kla­sycz­ną” – zoba­czy­cie, zro­zu­mie­cie :) Podo­bał mi się przede wszyst­kim wple­cio­ny w wie­le utwo­rów motyw prze­wod­ni, któ­ry szcze­gól­nie uwi­dacz­niał się pod­czas scen trium­fu pro­ta­go­ni­stów. Zasta­na­wiam się ile musiał­bym wydać na pry­wat­ną sal­kę kino­wą z udźwię­ko­wie­niem jak w IMAX – ktoś wie ile takie wyna­laz­ki kosz­tu­ją w mikro­ska­li miesz­ka­nio­wo-poko­jo­wej?

Krą­żę wokół tema­tu same­go fil­mu, bo tak napraw­dę nie wiem co o nim myśleć. Kirk, McCoy, Spock, Uhu­ra – są. Akcja, kosmos, Enter­pri­se – są. Zwro­ty akcji, sce­na­riusz okra­szo­ny humo­rem, osza­ła­mia­ją­ca opra­wa audio-wizu­al­na potę­go­wa­na ekra­nem IMAX – są. Film jest dobry, jako roz­ryw­ka w IMAX, gdzie jeste­śmy ata­ko­wa­ni dźwię­kiem i kry­sta­licz­nym obra­zem, a wszyst­ko wyglą­da pięk­nie i ogrom­nie… ale to wszyst­ko. Nie wysze­dłem z kina z poczu­ciem „muszę zoba­czyć to jesz­cze raz”. W kate­go­rii let­nie­go kina lek­kie­go, typo­we­go block­bu­ste­ra do popcor­nu i kolej­ne­go Star Tre­ka przy­zna­ję okej­kę. W kate­go­rii kolej­ny film sci-fi, któ­ry ni zię­bi, ni grze­je nie­ste­ty rów­nież. Abrams wespół z Cum­ber­bat­chem pod­nie­śli poprzecz­kę bar­dzo wyso­ko w „Star Trek: W ciem­ność” i nie­ste­ty Lin oraz Elba, pomi­mo boga­te­go dorob­ku, nie byli w sta­nie pocią­gnąć tema­tu w podob­ny spo­sób. Nie żału­ję wizy­ty w kinie, bo mimo wszyst­ko bawi­łem się dobrze, ale cią­gle cze­ka­łem na „to wiel­kie coś”, co zapa­mię­tam, kie­dy już wyj­dę. Nie docze­ka­łem się.

Star Trek: Beyond 3

Na koniec tro­chę pry­wa­ty. Ja wiem, że teraz każ­dy może pro­wa­dzić blo­ga i napi­sać recen­zję po zoba­cze­niu fil­mu w kinie, ale na boga, spraw­dzaj­cie jeśli nie jeste­ście pew­ni nie­któ­rych infor­ma­cji. Dziś na blo­gu, któ­ry spe­cja­li­zu­je się w fil­mach i seria­lach czy­ta­łem, że J.J. Abrams nakrę­cił w jed­nej ze scen świet­ny hołd doty­czą­cy fak­tu śmier­ci Leonar­da Nimoya. Sur­pri­se – J.J. już nie krę­cił tego fil­mu, to Justin Lin był reży­se­rem. Abrams pozo­stał jedy­nie pro­du­cen­tem, czy­li doglą­dał, czy z jego dziec­kiem wszyst­ko w porząd­ku, ale chy­ba prze­oczył parę spraw. O tyle dziw­ne, że pod spodem autor wkle­ił infor­ma­cje o fil­mie i tam już reży­ser oraz pro­du­cent był popraw­nie wpi­sa­ny. Kopiuj/wklej to faj­na spra­wa, ale czy­taj­cie co kopiu­je­cie. Dru­gi babol, to nie­zna­jo­mość imion akto­rów. Sły­sze­li­ście o Edwar­dzie Nimoyu? Ja całe życie myśla­łem, że to Leonard. I to nie jest narze­ka­nie czło­wie­ka obe­zna­ne­go z uni­wer­sum Star Tre­ka, bo do takich się nie zali­czam, to pro­ste rze­czy, któ­rych nawet nie będąc pew­nym, moż­na spraw­dzić w minu­tę.