Unchar­ted: Lost Lega­cy lub po pol­sku Zagi­nio­ne Dzie­dzic­two. Expan­sion Pack do Unchar­ted 4, któ­ry od począt­ku powo­do­wał mie­sza­ne uczu­cia. Psy­cho­fa­ni liczy­li na kon­ty­nu­ację przy­gód Natha­na Drake’a i jego pacz­ki, a w zamian dosta­li­śmy zupeł­nie inną przy­go­dę z Chloe Fra­zer w roli głów­nej. Uspo­ka­jam – jest dobrze!

Tym razem histo­ria rzu­ca nas w bajecz­nie odwzo­ro­wa­ne tere­ny Indii. Nasza pro­ta­go­nist­ka łączy siły z Nad­ine Ross, któ­rą na pew­no dobrze zna­ją ci, któ­rzy ogry­wa­li Unchar­ted 4. A wszyst­ko to po to, by odna­leźć kieł bóstwa Ganesh, syna hin­du­skie­go boga Shi­vy, któ­ry stra­cił go, bro­niąc świą­ty­ni ojca przed najeźdź­cą. Nad­ine poma­ga jej wkraść się do biu­ra przy­wód­cy powstań­ców, Asa­va, któ­ry rów­nież szu­ka, pla­nu­jąc wyko­rzy­stać go do zmo­bi­li­zo­wa­nia ludzi do rewo­lu­cji. Chloe i Nad­ine krad­ną mapę stwo­rzo­ną przez nie­zna­ne­go eks­per­ta, wska­zu­ją­cą na to, że kieł znaj­du­je się na tere­nach daw­ne­go impe­rium Hoj­sa­li. Krad­ną też tajem­ni­czy dysk, ale nie będę Wam psuł nie­spo­dzian­ki ? Celo­wo pomi­jam tutaj spo­rą część fabu­ły, bo chcę, by każ­dy mógł ją odkry­wać sam.

Gra wyglą­da obłęd­nie, zupeł­nie jak żywa pocz­tów­ka z wycie­czek, na któ­re każ­dy z nas chciał­by poje­chać, ale nie­ko­niecz­nie ma na to środ­ki. Może wła­śnie dla­te­go lubię serię Unchar­ted – zabie­ra mnie w takie miej­sca na glo­bie, któ­re dziec­ku wycho­wa­ne­mu na try­lo­gii India­ny Jone­sa koja­rzą się z przy­go­dą, tajem­ni­cą i spek­ta­ku­lar­ny­mi wido­ka­mi. Prak­tycz­nie więk­szość cza­su nie mogłem wyjść z podzi­wu, jak Zagi­nio­ne Dzie­dzic­two gra świa­tłem, zie­le­nią i hory­zon­ta­mi, przy któ­rych nie spo­sób nie zatrzy­mać się choć na chwi­lę. To jed­na z nie­licz­nych gier, któ­rych się nie prze­bie­ga, a chło­nie powo­li, doce­nia­jąc każ­dą loka­cję, wyko­na­ną z naj­wyż­szą dba­ło­ścią o deta­le. Owszem, nie­któ­re z nich wyglą­da­ją jak kal­ka z Unchar­ted 4, ale zdzi­wił­bym się, gdy­by Naugh­ty Dog nie wyko­rzy­sta­ło posia­da­nych już asse­tów, któ­re zapew­ne znacz­nie przy­spie­szy­ły pre­mie­rę dodat­ku. W ogól­nym roz­ra­chun­ku albo zacznie­cie to dostrze­gać i będzie Wam to prze­szka­dza­ło, albo tak jak ja będzie­cie mie­li to gdzieś i będzie­cie chcie­li się dobrze bawić. Co zali­czam za naj­więk­szy plus tej odsło­ny – wywa­że­nie zaga­dek do strze­la­nia. W Zagi­nio­nym Dzie­dzic­twie, zde­cy­do­wa­nie wię­cej cza­su poświę­ca­my na eks­plo­ra­cję i zagad­ki, a strze­la­nie, któ­re w Unchar­ted nie nale­ży do naj­lep­szych, to zale­d­wie kil­ka­na­ście pro­cent cza­su, któ­ry spę­dzi­łem z tym tytu­łem. Pamię­ta­jąc Unchar­ted 3, gdzie zde­cy­do­wa­nie prze­sa­dzo­no z kil­l­ro­oma­mi, poczu­łem się świet­nie, mogąc odkry­wać tajem­ni­ce Indii, bez lata­ją­cych wszę­dzie najem­ni­ków, któ­rzy wku­rza­ją bar­dziej niż natręt­na mucha bzy­czą­ca do ucha nad ranem.

Jak odbie­ram zabieg wrzu­ce­nia do gry dwóch kobiet jako głów­nych boha­te­rek? Cał­ko­wi­cie neu­tral­nie. Chloe skra­dła moje ser­ce w Unchar­ted 2, ale tutaj tro­chę ją zmięk­czo­no, doda­no grub­sze tło fabu­lar­ne, któ­re moty­wu­je ją do odna­le­zie­nia Kła Gane­shy, ale zamiast uwia­ry­god­nić tę postać, zro­bio­no z niej lek­ką pier­do­łę. Nad­ine z moc­nej i nie­ustra­szo­nej przy­wód­czy­ni gru­py najem­ni­ków Sho­re­li­ne rów­nież nie­co stra­ci­ła na cha­rak­te­rze. Nie jest już tak pew­na sie­bie, despe­rac­ko potrze­bu­je gotów­ki, a co za tym idzie, wcho­dzi w nie­zna­ny jej biz­nes poszu­ki­wa­nia skar­bów. Z dwóch sil­nych, nie­za­leż­nych kobiet, dla któ­rych nie ma rze­czy nie­moż­li­wych, zro­bio­no dwie roz­trzę­sio­ne pro­ta­go­nist­ki, któ­re, zanim sobie zaufa­ją, kil­ka razy się pokłó­cą. Asav rów­nież jest tro­chę bez­pł­cio­wy. Jego obec­ność nie powo­do­wa­ła napię­cia i nie potę­go­wa­ła uczu­cia zagro­że­nia – jeśli pamię­ta­cie Laza­re­wi­cza z Unchar­ted 2, to Asav mógł­by mu co naj­wy­żej wodę przy­no­sić.

Jeśli tak jak ja, mile wspo­mi­na­cie przy­go­dy Natha­na Drake’a, a szcze­gól­nie dru­giej i czwar­tej czę­ści, to po Zagi­nio­ne Dzie­dzic­two się­gnę­li­ście już w dniu pre­mie­ry. Jeśli jesz­cze tego nie zro­bi­li­ście, to mam nadzie­ję, że utwier­dzi­łem Was w prze­ko­na­niu, że war­to zwró­cić uwa­gę na ten doda­tek. Dłu­go­ścią porów­nał­bym go do Left Behind, czy­li roz­sze­rze­nia do The Last of Us. Zer­ka­jąc na nagra­ny mate­riał video, przej­ście zaję­ło mi oko­ło 7 godzin, nie licząc nad­mier­ne­go liza­nia ścian i obse­syj­ne­go szu­ka­nia skar­bów. Uwa­żam, że to opty­mal­na dłu­gość, choć jeden roz­dział mógł wyda­wać się doda­ny na siłę w celu wydłu­że­nia roz­gryw­ki o co naj­mniej godzi­nę. Na plus zali­czam fakt, że Zagi­nio­ne Dzie­dzic­two nie wyma­ga posia­da­nia Unchar­ted 4 i ofe­ru­je cross-play w try­bie mul­ti­play­er pomię­dzy posia­da­cza­mi pod­staw­ki i dodat­ku. Co wię­cej, kupu­jąc jedy­nie Lost Lega­cy, w pudeł­ku znaj­dzie­cie kod na zestaw przed­mio­tów, któ­ry ma za zada­nie pomniej­szyć róż­ni­cę w pozio­mach i sprzę­cie pomię­dzy tymi, któ­rzy gra­ją w sie­ci od cza­su debiu­tu Unchar­ted 4 oraz tymi, któ­rzy wsko­czą do mul­ti dopie­ro teraz.

Nowo­ścią w grze sie­cio­wej jest tryb Prze­trwa­nia, któ­ry jest po pro­stu try­bem hor­dy w kil­l­ro­omie, posia­da­ją­cym 100 fal. Rzecz przy­jem­na, bo uwiel­biam tego typu wyzwa­nia, ale nawet dla wpraw­ne­go gra­cza, doj­ście ze zna­jo­my­mi do same­go koń­ca może oka­zać się nie lada wyzwa­niem.

Błę­dy? Zda­rza­ły się – czę­sto lina, na któ­rej Chloe prze­mie­rza etap z otwar­tym świa­tem, nie odcze­pia się i bie­ga­my z nią zaha­cza­jąc po dro­dze o budyn­ki, świą­ty­nie i wszyst­ko inne na naszej dro­dze, dopó­ki ponow­nie jej nie rzu­ci­my. Raz zda­rzy­ło mi się, że gra­nat rzu­co­ny pod nogi prze­ciw­ni­ków nie zro­bił na nich żad­ne­go wra­że­nia. Naj­wi­docz­niej spa­da­ją­ce heł­my i roz­ry­wa­ni gra­na­tem kum­ple z pra­cy to widok, któ­ry już im spo­wsze­dniał. Sztucz­na inte­li­gen­cja na nor­mal­nym pozio­mie trud­no­ści też nie zawsze radzi­ła sobie dobrze – mogłem prze­bie­gać tuż pod ich nosem, ale nie byłem god­ny wsz­czę­cia alar­mu. Bo co? Bo kobie­ta? Że niby nic nie zro­bi? Poly­gon i Kota­ku już pew­nie piszą arty­ku­ły o sek­si­zmie w Zagi­nio­nym Dzie­dzic­twie.

W pod­su­mo­wa­niu zacy­tu­ję sam sie­bie. „Ludzie mówią, że Unchar­ted: The Lost Lega­cy to po pro­stu kolej­ne Unchar­ted. Jak­bym co jakiś czas dosta­wał takie “po pro­stu kolej­ne Unchar­ted”, to wca­le bym się nie obra­ził.” Czy mamy do czy­nie­nia z rewo­lu­cją? Nie­ste­ty nie, choć jak wspo­mi­na­łem wcze­śniej Zagi­nio­ne Dzie­dzic­two to wię­cej tego same­go co dosta­wa­li­śmy w każ­dym innym Unchar­ted, ale w tym wypad­ku pod­la­ne indyj­skim sosem. Czy to dobrze, czy to źle – decy­zję pozo­sta­wiam Wam – ja bawi­łem się świet­nie, ale bio­rąc pod uwa­gę nie­do­rób­ki tech­nicz­ne i fakt, że to wię­cej tego same­go, bez żad­nej rewo­lu­cji, z czy­stym ser­cem wysta­wiam ósem­kę.

Recen­zja Unchar­ted: Zagi­nio­ne Dzie­dzic­two
Seria Unchar­ted zabie­ra mnie w takie miej­sca na glo­bie, któ­re dziec­ku wycho­wa­ne­mu na try­lo­gii India­ny Jone­sa koja­rzą się z przy­go­dą, tajem­ni­cą i spek­ta­ku­lar­ny­mi wido­ka­mi. Do każ­dej zasia­dam pełen nadziei i każ­dą przy­go­dę koń­czę w peł­ni zado­wo­lo­ny z zaser­wo­wa­nej wyciecz­ki. Dla posia­da­czy Play­Sta­tion 4 — pozy­cja obo­wiąz­ko­wa.
Gra­fi­ka95%
Gry­wal­ność85%
Udźwię­ko­wie­nie80%
Loka­li­za­cja50%
Fabu­ła80%
Mul­ti­play­er90%
80%Punk­ta­cja
Oce­na czy­tel­ni­ków: (1 Gło­suj)
100%