Jeśli zain­try­go­wał Was tytuł tego wpi­su, to już śpie­szę z wyja­śnie­niem. Jak już zapew­ne wie­cie, Matt jest śluń­skim syn­kiem, któ­ry od ponad roku miesz­ka w War­sza­wie — ze mną, dziew­czy­ną z Mazow­sza. O tym jak to się zaczę­ło i poto­czy­ło opo­wiem kie­dy indziej, ale już teraz pla­nu­jąc wspól­nie przy­szłe życie, wie­my jak wyglą­da mię­dzy inny­mi spo­tka­nie z dru­gą rodzi­ną, teścia­mi, rodzeń­stwem partnera/partnerki czy z dal­szą rodzi­ną. Wie­my jak z każ­dej stro­ny wyglą­da­ją impre­zy rodzin­ne i jak spę­dza się czas wol­ny bli­sko rodzi­ny. Ale cze­mu o tym wszyst­kim mówię i pod­kre­ślam każ­dą z tych rze­czy? Otóż oglą­da­jąc część pierw­szą jak i dru­gą fil­mu Moje Wiel­kie Grec­kie Wese­le, widzie­li­śmy odbi­cia lustrza­ne w nas samych i naszych rodzi­nach. Ja jako jedy­nacz­ka na pew­no widzę całość w innym świe­tle niż Matt, któ­ry ma licz­ne rodzeń­stwo — bądź­my dokład­ni: dwóch bra­ci, jed­ną sio­strę, a do tego 4 bra­tan­ków i dwie bra­ta­ni­ce WIĘCEJ ode mnie. Obo­je się zga­dza­my, że ten film to świet­na komedia/parodia nasze­go obec­ne­go i przy­szłe­go wspól­ne­go życia.

Nie jest to tekst któ­ry opi­su­je moje wła­sne wese­le, ale jest to tekst inspi­ro­wa­ny fil­mem Moje Wiel­kie Grec­kie Wese­le 2, któ­re wła­śnie leci w kinach. Tytuł zna­łam dosko­na­le od wie­lu lat, ale żeby być na bie­żą­co przed czę­ścią dru­gą, tuż przed pój­ściem do kina odpa­li­li­śmy z Mat­tem część pierw­szą — i to był bar­dzo dobry ruch. Mam nadzie­ję, że zna­cie ten film, bo jeśli nie, to macie nało­żo­ne ode mnie zada­nie domo­we. To po pro­stu trze­ba zoba­czyć: grec­ka rodzi­na, któ­ra osie­dli­ła się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych orga­ni­zu­je całą wesel­ną balan­gę. W tek­ście będę chcia­ła Wam poka­zać, ze mię­dzy­kon­ty­nen­tal­na para mło­dych ludzi, jest tak samo cie­ka­wym połą­cze­niem co nasza — ślun­sko-war­szaw­ska. Myśli­cie, że Pol­ska jest na tyle mała, żeby nie było zróż­ni­co­wa­nia kul­tu­ral­ne­go w pew­nym stop­niu? Śro­dek Pol­ski połą­czo­ny z połu­dnio­wą gra­ni­cą wystar­czy do żywych i nie­co­dzien­nych prze­żyć. W fil­mie pozna­je­my grec­ką rodzi­nę miesz­ka­ją­cą w Ame­ry­ce — jed­na nacja połą­czo­na z dru­gą daje cie­ka­we połą­cze­nie. Poka­żę Wam wie­le podo­bieństw mię­dzy hol­ly­wo­odz­ką pro­duk­cją, a sce­na­riu­szem napi­sa­nym przez życie.

Tekst jest z życia wzię­ty — tak jak histo­ria grec­kiej “Poma­rań­czy” i ame­ry­kań­skie­go “Jabł­ka”- Matt — z licz­nej rodzi­ny jak Toula — i moja — mniej licz­na rodzin­ka jak u fil­mo­we­go Ian’a. Zapra­sza­my na MOJE WIELKIE ŚLĄSKIE WESELE — no pra­wie… — póki co ŚLĄSKO-WARSZAWSKIE ŻYCIE. Na potwier­dze­nie słów załą­czam auten­tycz­ne zdję­cia.

Zalew Rybnicki

Kli­ma­tycz­na miej­sców­ka” nad Zale­wem Ryb­nic­kim z wido­kiem na elek­trow­nie ciepl­ną i moimi ulu­bio­ny­mi gru­ba­śny­mi komi­na­mi

Pierwsze i te kolejne spotkania

Kie­dy po raz pierw­szy mogłam spo­tkać rodzi­nę Mat­ta, było to na wese­lu jego sio­stry, mia­łam wte­dy oka­zję spo­tkać od razu WSZYSTKICH — już na samym począt­ku “zna­jo­mo­ści”. Tak samo jak fil­mo­wa rodzi­na głów­nej boha­ter­ki — ślą­ska rodzi­na jest duża, a co za tym idzie jest po pro­stu gło­śniej­sza, niż w mode­lu trzy­oso­bo­wej z dziad­ka­mi. Zde­cy­do­wa­nie jest dużo gło­śniej, gdy mię­dzy noga­mi peł­za­ją krzy­czą­ce dzie­ci, a doro­śli po pro­stu roz­ma­wia­ją. Dla mnie — choć było to przy­jem­ne doświad­cze­nie — było cza­sa­mi zbyt dużo towa­rzy­stwa na raz (jesz­cze wte­dy obce­go). Na szczę­ście mia­łam Mat­ta przy sobie. Nie uwa­żam, że to doświad­cze­nie było nega­tyw­ne — wręcz prze­ciw­nie — nie było nie­zręcz­nej ciszy, któ­rą trze­ba na szyb­ko wypeł­nić. Dodat­ko­wo chęt­nie obser­wo­wa­łam zacho­wa­nia wszyst­kich człon­ków w ich “natu­ral­nym śro­do­wi­sku” — niczym nie skrę­po­wa­nym. Zosta­łam bar­dzo cie­pło przy­ję­ta — niczym bli­scy Touli, wszy­scy rzu­ci­li mi się na szy­ję, żeby jak naj­cie­plej przy­jąć mnie do towa­rzy­stwa. Wszyst­kie kolej­ne impre­zy były tak samo duże i gwar­ne. Tak samo podob­ne do rodzi­ny Touli, gdzie każ­de, małe, skrom­ne przy­ję­cie zapo­znaw­cze ozna­cza obec­ność teściów, sio­stry i bra­ci z rodzi­na­mi, do tego ich cór­ki i syno­wie i już mamy parę­na­ście osób, a to tyl­ko naj­bliż­sza rodzi­na. Wese­le, uro­dzi­ny czy rocz­ni­ce — zawsze są zapra­sza­ne naj­bliż­sze oso­by — a że każ­dy jest bli­ski ser­cu dru­gie­mu Ślą­za­ko­wi, to moż­na nali­czyć póki co pięt­na­ście osób doro­słych i sze­ścio­ro dzie­ci, co już robi cał­kiem dużą impre­zę — jak dla mnie — tej oso­by z mode­lu trzy­oso­bo­we­go z dziad­ka­mi.

Ohajtać się i mieć gromadkę pociech

Licz­ne rodzi­ny i bli­skie rela­cje rodzin­ne to stan­dard na Ślą­sku. Ślą­za­cy są zży­ci ze sobą, dba­ją o sie­bie nawza­jem, wiec im wię­cej osób w rodzi­nie, tym wię­cej duszy­czek do kocha­nia. Bazu­jąc na przy­kła­dzie rodzi­ny Mat­ta, w któ­rej rodzi­ce poczę­li aż czwór­kę pociech, opo­wiem Wam o przy­szłych teściach — bazu­jąc na wła­snej skó­rze. Porów­nu­jąc moich przy­szłych teściów do ekra­no­wych rodzi­ców Touli, moi są zde­cy­do­wa­nie mniej bez­po­śred­ni, choć mogę śmia­ło powie­dzieć, że jeśli mają chęć o czymś powie­dzieć, to wca­le się nie krę­pu­ją z wyra­ża­niem swo­jej opi­nii. Od kie­dy rodzi­ce Mate­usza dowie­dzie­li się, że ist­nie­je taka dzioł­cha (czyt.: dziew­czy­na) jak ja, byli zachwy­ce­ni, że ich synek zna­lazł sobie part­ner­kę do ożen­ku, a szan­sa na nowe wnu­ki powięk­szy­ła się tysiąc­krot­nie. Choć nie jestem ze Ślą­ska i nie zna­łam tradycji/zwyczajów tam panu­ją­cych, zosta­łam gorą­co przy­ję­ta do rodzi­ny. Wra­ca­jąc do rodzeń­stwa Mat­ta — dwóch bra­ci i jed­na sio­stra zosta­li już “wyda­ni z domu” i mają wła­sne rodzi­ny — a Matt, kawa­ler, rodzy­nek czu­je oddech bli­skich  pyta­ją­cych “kie­dy ślub?”. I ja też czu­ję tę pre­sję ze stro­ny ślą­skiej rodzin­ki. Więk­szość z nich uwa­ża, że jeste­śmy już na tyle dłu­go ze sobą (2 lata) i na tyle “sta­rzy”, że w porów­na­niu do wie­ku hajt­nięć się rodzeń­stwa, sami już powin­ni­śmy to zro­bić. Zna­cie to?

Dwudniowe weselisko i jeszcze dłużej

śląskie wesele

wyku­pi­ny Pan­ny Mło­dej — od lewej: ja, Pan Mło­dy a z tyłu Sta­ro­sta

Jak już wspo­mnia­łam, mia­łam oka­zję uczest­ni­czyć w ślą­skich uro­czy­sto­ściach wesel­nych. Od razu Wam opo­wiem jak wyglą­da­ją — bo nie jest to zwy­kłe wyda­rze­nie wesel­ne. Na wstę­pie dodam, że byłam gościem od stro­ny Pan­ny Mło­dej. Gdy już nadej­dzie ten dzień, mło­dzi od godzi­ny 6 rano szy­ku­ją się na naj­waż­niej­sze wyda­rze­nie w swo­im życiu — ja robię w sumie to samo. Pomi­ja­jąc fakt, że każ­da kobie­ta potrze­bu­je cza­su, żeby wyglą­dać per­fek­cyj­nie pod­czas waż­nej uro­czy­sto­ści, ja dodat­ko­wo byłam pod­eks­cy­to­wa­na samym fak­tem udzia­łu w takim ślu­bie i wese­lu. Pamię­ta­cie, jak pod gór­kę miał Ian, kie­dy sta­rał się o swo­ją Toulę? Został pod­da­ny wie­lu pró­bom — cho­ciaż­by przej­ścia na wia­rę grec­ko-kato­lic­ką. W kolej­nej czę­ści fil­mu Moje wiel­kie grec­kie wese­le, przy­szły Pan Mło­dy rów­nież nie ma lek­ko. Same oświad­czy­ny, a póż­niej przy­go­to­wa­nia do ślu­bu to czy­sta kome­dia. Wra­ca­jąc na Śląsk — co może mi pod­nieść adre­na­li­nę, kie­dy już wia­do­mo, ze mło­dy idzie po mło­dą? Zosta­łam wybra­na jako “zamien­nik” dla mło­de­go zamiast Pan­ny Mło­dej — zaczę­ły się wyku­pi­ny. W dniu ślu­bu, kie­dy Pan Mło­dy przy­cho­dzi po swo­ją wybran­kę by udać się razem do kościo­ła, musi on wpierw “wyku­pić” swo­ją przy­szłą żonę z jej rodzin­ne­go domu. Tra­dy­cja ta wywo­dzi się z poda­ro­wa­nia pew­nej waro­ści (pie­nięż­nej lub przed­mio­to­wej) rodzi­nie Pan­ny Mło­dej w zamian, że ta opusz­cza dom i będzie o dwie ręce mniej do pomo­cy w gospo­dar­stwie. Dziś wyglą­da to bar­dziej jak zaba­wa: Mło­dy puka do drzwi ocze­ku­jąc, że przy­szła żona wpu­ści go do miesz­ka­nia, jed­nak drzwi otwie­ra mu sta­ro­sta lub sta­ro­ści­na (w zależ­no­ści kto po czy­jej stro­nie mło­dych stoi). W tym wypad­ku był

śląskie wesele

ślą­ska zaba­wa wesel­na — Matt “tatu­siem”

to sta­ro­sta, któ­ry nie bawiąc się w uprzej­mo­ści, pyta szorst­ko: “Po co tu przy­sze­dłeś?” — mło­dy już spo­co­ny, pro­si o wyda­nie mu narze­czo­nej w zamian za poda­ru­nek — sta­ro­sta bie­rze pre­zent i zamy­ka mu drzwi przed nosem. Następ­nie sta­ro­sta pro­po­nu­je mu “kogoś” inne­go w zamian (dokład­nie to mnie: patrz zdję­cie), żeby mło­da zosta­ła w domu. Jest to też nie­ja­ko mini-test wier­no­ści. Pan mło­dy sta­now­czo odma­wia i prze­ka­zu­je kolej­ny pre­zent na ręce sta­ro­sty. Dru­gi poda­rek jest już porząd­niej­szy, a wszyst­ko po to, aby prze­ku­pić sta­ro­stę i wejść do domu po przy­szłą żonę. Oczy­wi­ście podar­ka­mi jest biżu­te­ria, któ­ra następ­nie i tak tra­fia do Pani Mło­dej. Po uro­czy­sto­ści zaślu­bin zaczy­na się pierw­szy dzień wese­la. Na Mazow­szu przy­ję­ło się, że wese­le trwa jeden dzień do upa­dłe­go, a następ­ne­go dnia są krót­kie popra­wi­ny. Na Ślą­sku są całe dwa dni zaba­wy po któ­rej musisz ode­spać swo­je, żeby móc funk­cjo­no­wać, a do peł­ni sił wra­casz po tygo­dniu.

Poprawne wysławianie się i sztuka komunikacji

Każ­dy, kto przez chwi­lę poświę­cił uwa­gę pol­skie­mu języ­ko­wi w szko­le, mógł się dowie­dzieć, że moż­na spo­tkać na tere­nie nasze­go pań­stwa inne dia­lek­ty, gwa­ry i odmia­ny języ­ka. Ist­nie­je, oddziel­ny język kaszub­ski, gwa­ra poznań­ska, a każ­dy region ma swo­je odpo­wied­ni­ki pol­skich słów. Jakim pozy­tyw­nym zdzi­wie­niem było usły­szeć, że język ślą­ski jest tu w tak powszech­nym uży­ciu(!). Każ­dy mówił peł­ny­mi ślą­ski­mi zda­nia­mi — nie­kie­dy bez żad­ne­go pol­skie­go sło­wa. Pierw­sze­go dnia Matt nauczył mnie ślą­skie­go zda­nia dla “goro­li” (czyt.: dla obce­go). Kto z Was wie co zna­czy:

W antry­ju na byfy­ju stoi szol­ka tyju?

Na począt­ku myśla­łam, że robią sobie ze mnie jaja — jak z Iana, któ­ry padł ofia­rą dow­ci­pów swo­ich przy­szłych szwa­grów z pierw­szej czę­ści fil­mu (kto nie wie o co cho­dzi —  już wspo­mnia­łam o pra­cy domo­wej?). Ślą­ski tak bar­dzo nie róż­ni się od pol­skie­go, jak grec­ki od ame­ry­kań­skie­go, więc zna­jąc parę pod­sta­wo­wych słó­wek z użyt­ku codzien­ne­go, moż­na było spo­koj­nie uczest­ni­czyć w kon­wer­sa­cji już pierw­sze­go dnia. Nikt mnie nie zmu­szał do nauki słó­wek — sama się do tego tak pali­łam, że póź­niej byłam upier­dli­wa i chcia­łam, by uczyć mnie nowych słów i tłu­ma­czyć co zna­czą. Tak napraw­dę wystar­czy­ło chwi­lę posie­dzieć i posłu­chać, żeby wydo­być nowe pereł­ki do nauki.

P.S. Moim ulu­bio­nym sło­wem jest “zymft” (musz­tar­da), a wciąż nie potra­fię dobrze wymó­wić “ja” — ślą­skie­go “tak”. A przy­naj­mniej tak mówi Matt ;)

Panorama, ludzie i bliskie sąsiedztwo

Uczo­no Was na geo­gra­fii, że Śląsk to same kopal­nie i cięż­ki prze­mysł, a powie­trzem cięż­ko się oddy­cha? Po czę­ści jest to praw­da, ale tak napraw­dę Śląsk jest dużo bar­dziej zazie­le­nio­ny niż może się więk­szo­ści z Was wyda­wać. Kopal­ni jest dużo i szyb­ciej osia­da kurz na meblach, ale Śląsk jest dużo bar­dziej “kra­jo­bra­zo­wy” od war­szaw­skich nizin. Niby te same drze­wa, ale już nie te same wido­ki na góry czy Zalew Ryb­nic­ki, któ­ry pod­świe­tla­ny nocą jest cał­kiem roman­tycz­ny. Pamię­ta­cie, że Toula i Ian zamiesz­ka­li “bar­dzo” bli­sko swo­ich rodzi­ców? W kolej­nej czę­ści dowia­du­je­my się, że nie tyl­ko oni… Zmie­rzam do tego, że ślą­ska rodzi­na trzy­ma się tak samo bli­sko, jak ta grec­ka, ekra­no­wa. W obrę­bie kil­ku kilo­me­trów od rodzi­ców Mat­ta, miesz­ka­ją jego bra­cia i sio­stra z rodzi­na­mi, bab­cia i część dal­szej rodzi­ny, a parę­na­ście kilo­me­trów dalej pozo­sta­li, któ­rych i tak widu­je się śred­nio raz na mie­siąc — na impre­zach uro­dzi­no­wych. Jed­ne­go wie­czo­ru, kie­dy wybra­li­śmy się na spa­cer spo­tka­li­śmy dwa razy cio­cię z wuj­kiem, poszli­śmy na kawę do bra­ta Mat­ta, a następ­nie na coś moc­niej­sze­go do jego sio­stry. Szko­da mar­no­wać czas na wycią­ga­nie auta z gara­żu.

Makaron, kluski, szpajza i zołza

śląskie jedzenie

ślą­ski stół (w sumie nawet dwa)

Nakła­da­jąc sobie rosół — nakła­dasz go z maka­ro­nem czy z klu­ska­mi? Natu­ral­ne dla mnie było, by wymie­niać oba sło­wa — nie przy­wią­zy­wa­łam do tego uwa­gi dopó­ki nie zoba­czy­łam, że maka­ron zazwy­czaj je się w zupie, a klu­ski (ślą­skie) są zamien­ni­kiem ziem­nia­ków na tale­rzu. I choć prze­waż­nie mia­łam wybór co chcę zjeść — klu­ski czy ziem­nia­ki, to głów­nym pro­duk­tem obok kotle­ta były wła­śnie klu­ski z “zoł­zą” (czyt.:sosem). Inną kuli­nar­ną nie­spo­dzian­ką była dla mnie szpaj­za — czy­li ślą­ski deser. Coś a la pta­sie mlecz­ko, któ­re jest tak lek­kie i pysz­ne, że mogła­bym żyć na tym i mie­siąc. Żeby zro­bić ten deser jak nale­ży, trze­ba być w posia­da­niu dobre­go, ślą­skie­go prze­pi­su i mieć go w jed­nym palusz­ku — tak jak dla fil­mo­wej cio­ci Vouli jagnię­ci­na lub inna naro­do­wa, grec­ka potra­wa. To są tyl­ko dwa przy­kła­dy zróż­ni­co­wa­nej kuch­ni, jaką ser­wu­ją ślą­skie gospo­dy­nie, a każ­da nowa potra­wa przy­no­si coś nowe­go. No i nie mogę zapo­mnieć o ogrom­nych ilo­ściach jedze­nia, któ­re są przy­go­to­wy­wa­ne dla gości (pamię­ta­jąc, mini­mum to naj­bliż­sza rodzi­na, czy­li 16 doro­słych osób + dzie­ci). Stół zwy­kle ugi­na się pod cię­ża­rem jedze­nia. Myśli­cie pew­nie, że jeden pół­mi­sek to dwa tuzi­ny scha­bo­wych? Tu szyb­ko wypro­wa­dzę Was z błę­du, gdyż jest tak wiel­ka ilość zróż­ni­co­wa­nych dań, że nie star­czy mi nigdy miej­sca w żołąd­ku na spró­bo­wa­nie wszyst­kie­go (nad czym zawsze moc­no ubo­le­wam). Mam nadzie­ję, że fil­mo­wa rodzi­na Por­to­ka­los nie mia­ła takich pro­ble­mów i prócz mus­sa­ki mie­li miej­sce na jagnię­ci­ny i inne pysz­ne potra­wy.

Ist­nie­ją jedy­nie dwie potra­wy za któ­ry­mi nie prze­pa­dam, mia­no­wi­cie mocz­ka maków­ki. Pierw­sza to roz­to­pio­ny pier­nik z owo­ca­mi (SŁODKI) a dru­gi to mak z baka­lia­mi na BARDZO słod­ko.

Trzeba to podsumować WESELEM

W naszym wspól­nym pod­su­mo­wa­niu na pew­no znaj­dzie się zgod­ność, że świet­nie bawi­li­śmy się oglą­da­jąc pierw­szą i dru­gą część fil­mu Moje Wiel­kie Grec­kie Wese­le. Przy­pusz­cza­my, że zasłu­gą był ten sam reży­ser, a tak­że akto­rzy, któ­rzy wystą­pi­li ponow­nie wszy­scy razem w czę­ści dru­giej (bez wyjąt­ku). Nie zabra­kło rów­nież stu­let­niej Mana-Yiay­ia (bab­cia głów­nej boha­ter­ki), któ­ra pomi­mo, że nie ucie­ka­ła już od “Tur­ków”, ale dalej bawi­ła swo­ją oso­bo­wo­ścią. Wie­le nawią­zań do czę­ści pierw­szej doda­ło uro­ku temu fil­mów — dla­te­go jeśli chce­cie wycią­gnąć wię­cej z czę­ści dru­giej — przy­po­mnij­cie sobie wpro­wa­dze­nie z 2002 roku. Spe­cjal­nie nie opi­sy­wa­łam fabu­ły fil­mu przy moich ślą­skich prze­ży­ciach, bo tę dosko­na­le widać na zwia­stu­nach. Chcia­ła­bym, żeby każ­dy kto nie widział fil­mu Moje Wiel­kie Grec­kie Wese­le, wsko­czył szyb­ko przed tele­wi­zor, obej­rzał go do koń­ca i jeśli spodo­ba­ło się Wam to, co zoba­czy­li­ście — w pod­sko­kach poszedł do kina! Zazwy­czaj jest tak, że dru­gie czę­ści są gor­sze od pier­wo­wzo­ru, więc nikt nie chce na nie cho­dzić — Matt też miał takie oba­wy (choć pierw­sza część bar­dzo mu się spodo­ba­ła) — ale bawił się rów­nie dobrze, jeśli nie lepiej na czę­ści dru­giej! Po pro­stu mi zaufaj­cie i idź­cie. Sami, z partnerem/partnerka, rodzi­ca­mi,  rodzeń­stwem, psem lub kotem — po pro­stu zrób­cie to, a nie poża­łu­je­cie wyda­nych pie­nię­dzy. Sin­gle, par­ki, narze­cze­ni lub już po ślu­bie — każ­dy znaj­dzie w tym fil­mie coś dla sie­bie. Tak jak i my, ale to pod­su­wa pomy­sły na kolej­ne wpi­sy ;)

Wszyst­kie zdję­cia pocho­dzą z pry­wat­ne­go archi­wum — zabra­nia się ich kopio­wa­nia.

Moje Wielkie Greckie Wesele 2

Tekst został zain­spi­ro­wa­ny sean­sem fil­mu, na któ­ry zosta­li­śmy zapro­sze­ni przez Cine­ma City.