Przy­zna­ję bez bicia — w kwe­stii wyści­gów jestem ama­to­rem, któ­ry wyżej niż Gran Turi­smo sta­wia Need for Spe­ed: Under­gro­und 2. Kie­dy otrzy­ma­łem do recen­zji Dri­vec­lub, nie wie­dzia­łem czy przy­pad­nie mi do gustu, bo mia­ło to być połą­cze­nie arca­de­’o­we­go sty­lu jaz­dy z tym pół-symu­la­cyj­nym, ale jak się oka­za­ło — oba­wy były cał­ko­wi­cie bez­pod­staw­ne. Gra się świet­nie.

Recen­zji jest napraw­dę spo­ro, więc sku­pię się na naj­waż­niej­szych aspek­tach, któ­re w grze zro­bi­ły na mnie jakie­kol­wiek wra­że­nie. Zacznie­my od tego, co w wyści­gów­kach naj­istot­niej­sze – fraj­dy z jaz­dy. Cała otocz­ka wyści­gów, samo­cho­dy, tory oraz dźwię­ki towa­rzy­szą­ce zma­ga­niom to temat rze­ka, któ­ry laikom nic nie powie, a wyści­go­wym mania­kom wyda się być oczy­wi­sty. Dla­te­go zro­bię to nie­co ina­czej.

Chi­le, wcze­sne przed­po­łu­dnie. Wsia­dam do Mer­ce­de­sa AMG-GT, obkle­jo­ne­go klu­bo­wy­mi bar­wa­mi. Razem z dwój­ką innych klu­bo­wi­czów sta­je­my w szran­ki z kon­ku­ren­cyj­ną redak­cją. Upływ cza­su usta­wio­no na trzy­dzie­sto­krot­ny, więc nale­ży się spo­dzie­wać zmien­nych pór dnia – to coś, co miś­ki moje­go pokro­ju lubią naj­bar­dziej. Gra się roz­po­czy­na, rusza­my i już od pierw­sze­go zakrę­tu widać, kto na tego typu grach zjadł zęby, a kto myślał, że jest to kolej­ny Rid­ge Racer. Jak wspo­mnia­łem wcze­śniej, mimo pół-zręcz­no­ścio­we­go mode­lu jaz­dy, wej­ście na peł­nym gazie w zakrę­ty nie zawsze jest moż­li­we i nale­ży zwra­cać uwa­gę na mapę, fla­gi przy zakrę­tach: zie­lo­ne – wci­skaj pedał gazu i jedź ile wle­zie, żół­te – war­to ścią­gnąć nogę z gazu i czer­wo­ne – HAMUJ! Oczy­wi­ście jest to uprosz­czo­ny sys­tem, bo nie­któ­re ostre zakrę­ty moż­na poko­nać z ogrom­ną pręd­ko­ścią odpo­wied­nio dobie­ra­jąc tor jaz­dy.

1

Po paru­dzie­się­ciu sekun­dach wyści­gu, kie­dy powo­li pnie­my się do przo­du i pró­bu­je­my wyprze­dzić umy­ka­ją­ce nam Fer­ra­ri, na hory­zon­cie widać zacho­dzą­ce powo­li Słoń­ce, co gra przed­sta­wia za pomo­cą spe­cjal­nej pale­ty barw. Kil­ka­na­ście sekund póź­niej po gwieź­dzie nie ma już śla­du, a naszą dro­gę oświe­tla­ją wyłącz­nie reflek­to­ry samo­cho­du. Jeśli nadal nie jeste­śmy na cze­le staw­ki, war­to zwra­cać uwa­gę na tyl­ne lam­py poprze­dza­ją­ce­go pojaz­du, cza­sa­mi moc­no uła­twia to zorien­to­wa­nie się w któ­rym miej­scu nale­ży doha­mo­wać. Noc­ne wyści­gi to prze­ży­cie samo w sobie i wyma­ga nie lada sku­pie­nia i cho­ciaż­by dla takich chwil war­to się­gnąć po Dri­vec­lub.

Gra urze­ka świet­nie zre­ali­zo­wa­ną war­stwą oświe­tle­nia, któ­re dyna­micz­nie otu­la każ­dy obiekt na tra­sie. Na moje nie­szczę­ście, dyna­mi­ka roz­gryw­ki raczej nie pozwa­la na dłuż­sze przy­glą­da­nie się pra­cy gra­fi­ków i już widzę w luster­ku wstecz­nym typa w Audi R8, któ­ry zbli­ża się nie­bez­piecz­nie bli­sko moje­go zde­rza­ka. W tle leci melo­dia, któ­ra będzie mi się śni­ła po nocach – woka­list­ka od cza­su do cza­su rzu­ca bez­wied­nie „How fast do you wan­na go?” i remix for­ma­cji Qemi­sts wcho­dzi w niż­sze, baso­we brzmie­nia. Poezja dla uszu, choć taki typ muzy­ki nie każ­de­mu musi paso­wać.