W 1999 roku miałem dziesięć lat i wyszedłem z kina przekonany, że zobaczyłem najlepszy film w historii ludzkości. Przez kolejne piętnaście lat internet cierpliwie tłumaczył mi, że się myliłem. Koło 2015 ten sam internet uznał, że era prequeli jest git, i zaczął sprzedawać koszulki z Maulem.
Nadążam za tą karuzelą z trudem.
Coś w tym jednak siedzi, bo czasy Republiki mają rzecz, której nie ma żadna inna epoka: Jedi są tu instytucją. Mają przełożonych, zlecenia i kogoś, kto potem pyta, jak poszło. Cała reszta sagi to garstka niedobitków albo jeden chłopak na pustyni.

Cztery zlecenia, żadnego wypełniacza
Star Wars Rycerze Jedi: Strażnicy Republiki to cztery osobne historie i żadna nie każe czekać na ciąg dalszy. Yoda i Vetna Mooncrest tropią wojownika produkującego broń biologiczną, jedyny kawałek zbioru, który realnie straszy. Qui-Gon i Shaak Ti gonią przez pół galaktyki Phaedrę, która okradła Jabbę z kredytów. Qui-Gon z Obi-Wanem wyciągają Baila Organę spod stóp Kaijura. Na koniec Yaddle i Seera Longa negocjują pokój między Federacją Handlową a korporacją Gillanter, akurat gdy ktoś porywa Dooku.
Horror, pościg, rąbanie, thriller polityczny. Album zmienia klimat co czterdzieści stron i ani razu się przy tym nie potyka. Lubię to!
Yoda oglądający miejsce zbrodni to coś pięknego
Klasyczne postacie wypadają wzorowo. Qui-Gon brzmi sucho, uprzejmie i z tą irytującą pewnością siebie kogoś, kto ma rację i wie o tym. Yoda zachowuje się jak śledczy: ogląda ślady, zadaje pytania i ani razu nie recytuje mądrości z kalendarza ściennego. Po dwóch dekadach traktuję to jako prezent osobisty.
Gorzej z nowymi. Vetna Mooncrest i Seera Longa dostały ciekawe projekty i po jednej cesze charakteru każda. Ta zapalczywa, ta rozważna. Wyglądają jak bohaterki napisane po to, żeby ktoś miał z kim rozmawiać w kadrze.

Potwory ma, twarze gorzej
Musabekov projektuje stwory i światy autorsko, bez recyklingu z filmów, co w tym uniwersum graniczy z cudem. Niektóre wątki to w zasadzie ciąg plansz na całą stronę i człowiek przewracający kartkę czuje, że ma do czynienia z małym dziełem sztuki, a niekoniecznie z mainstreamowym komiksem.
Przy twarzach kończy mu się repertuar. W scenie z trzema ludźmi w podobnych szatach kilka razy wracałem wzrokiem do dymka, żeby ustalić, kto właściwie mówi.
Przez cztery historie przewija się jeszcze śledztwo Qui-Gona w sprawie tajemniczego mordercy i ma ono spinać całość klamrą. Wraca w takich odstępach, że za każdym razem trzeba sobie przypominać, o co chodziło.

Na koniec
Egmont wydał tom 26 sierpnia 2026: 140 stron w miękkiej oprawie ze skrzydełkami, 49,99 zł okładkowej, gładkie tłumaczenie Katarzyny Nowakowskiej. Niecałe dwie godziny lektury, do której nie trzeba znać niczego wcześniej.
To komiks o Jedi w robocie. Bez proroctw, bez wybrańców, bez ratowania galaktyki po raz czterdziesty. Działa jak porządny serial proceduralny i pokazuje, jak w tym uniwersum wygląda zwykły wtorek. Nie mogę się doczekać na kolejny wtorek ;)
Aktualnie na stronie Egmont.pl, tom kosztuje niecałe 35 zł.
Tom do recenzji podesłał wydawca - Egmont.pl
Komentarze