Miałem jakieś dwanaście lat, kiedy wpadł mi w ręce pierwszy komiks z logo Ultimate. Pamiętam go, bo był pierwszym zeszytem Marvela, do którego nie musiałem odrabiać czterdziestu lat pracy domowej. Chłopak, pająk, wujek, wina. Od zera, dla mnie.

Ćwierć wieku później Hickman wraca na tę samą półkę i podpala ją.

Inwazja to komiks o kimś, kto na chłodno obchodzi po kolei wszystkie momenty założycielskie tego uniwersum i dopilnowuje, żeby żaden się nie wydarzył. Rakieta, która miała zrobić z czworga naukowców rodzinę superbohaterów, nie startuje. Na tronie Asgardu siada nie ten, kto powinien. Nikt nigdy nie zostaje ugryziony przez pająka, bo nie ma laboratorium, nie ma wycieczki i nie ma chłopaka, który wrócił z niej z mocami pająka.

Zostaje świat wyglądający jak nasz, w którym nikt nie przylatuje, kiedy robi się źle.

Reed Richards, ale ten, który wygrał

Twórca jest jedną z najlepiej napisanych postaci, jakie Marvel wypuścił w ostatniej dekadzie, i mówię to jako człowiek dość odporny na kult Hickmana.

Zachowuje się tak, jak zachowywałby się genialny naukowiec, gdyby odkręcić mu wszystkie hamulce oprócz ciekawości. Żadnych monologów o dominacji, żadnego tłuczenia po twarzy. Siada, liczy, wybiera punkt na osi czasu i naciska. Cała jego przemoc jest administracyjna i przez to o wiele bardziej nieprzyjemna, bo bijatykę da się wygrać, a decyzji podjętej sześćdziesiąt lat wcześniej już nie.

Punktem wejścia są Howard i Tony Stark, ojciec w zbroi i nastoletni syn, obaj przede wszystkim w roli świadków. Patrzą, jak inni dzielą między siebie planetę, aż w pewnym momencie patrzenie przestaje wystarczać.

Hitch daje skalę, kolor jej nie dogania

Bryan Hitch rysuje kadrami przygotowanymi pod ekran kinowy. Tła gęste, architektura z ciężarem, tłumy wyglądające jak tłumy. Hickman pisze przy tym sporo gadania i to Hitch ratuje te sceny, przechylając kamerę tak, że nawet rozmowa na stojąco ma napięcie.

Mam jeden zarzut i dotyczy koloru. Kilka najmocniejszych scen albumu podano w palecie tak stonowanej, że przechodzi się obok nich za szybko. Moment, który powinien uderzyć jak cegła, rozgrywa się w tej samej szarozielonej temperaturze co rozmowa przy stole trzy strony wcześniej.

Zegarek rozłożony na stole

Stawka rośnie w każdym zeszycie, a zakończenie domyka to, co powinno. Tylko że Hickman skacze po osi czasu bez planszy, która mówiłaby, gdzie jesteśmy. Przy drugim czytaniu widać, że konstrukcja jest przemyślana. Przy pierwszym kilka razy cofałem się o dziesięć stron, żeby sprawdzić, czy czegoś nie przegapiłem.

Do tego Hickman ma stary nawyk ustawiania na wejściu wątków, których w granicach tego albumu już nie domyka. Jeden z nich wygląda jak urwany w połowie zdania, ale to furtka, do jego kolejnych iteracji.

Na koniec

Egmont wydał to 26 sierpnia 2026 w serii Marvel Fresh: 192 strony, miękka oprawa ze skrzydełkami, 89,99 zł okładkowej, tłumaczenie Dariusza Stańczyka. Cena uczciwa, pod jednym warunkiem: to pierwszy tom czegoś, co dopiero się zaczyna, i kończy się wyraźnym haczykiem.

Inwazja jest jak wejście do domu rodzinnego i odkrycie, że ktoś wyjął z albumów wszystkie zdjęcia, na których byliście szczęśliwi. Ściany te same, meble te same, a w środku nie ma nikogo, kogo znaliście.

Zapytany, odpowiedziałbym krótko: najbrutalniejszy komiks superbohaterski, jaki czytałem w tym roku, i ani razu nie pokazuje krwi. Co chwilę wzdychałem przerażony mając w głowie obraz tego, czego zabraknie z powodu machlojek Twórcy.


Aktualnie na stronie Egmont.pl, tom kosztuje niecałe 62,99 zł.

Tom do recenzji podesłał wydawca - Egmont.pl