Christian Ward to jeden z tych rysowników, których poznaję po dwóch kadrach. Robił odjechaną „ODY-C", zrobił „Aquamana: Andromedę", robił okładki, na które gapiłem się w sklepie dłużej niż na komiks w środku. Zawsze mnie ciekawiło, co się stanie, kiedy taki człowiek dostanie do ręki cały album i wolną rękę. No i dostał.

Batman. Miasto szaleństwa" wyszedł u nas 15 lipca, w twardej oprawie, w formacie 21,6 na 28,5 centymetra, sto siedemdziesiąt pięć stron w tłumaczeniu Tomasza Sidorkiewicza. Ward napisał, narysował i pokolorował to sam.

Horror, który świeci w oczy

Groza w komiksie ma swoją domyślną paletę: szarość, brąz, sepia, mgła zamiast konturu. Ward robi coś dokładnie odwrotnego. Wjeżdża różem, fioletem, kwaśną zielenią i czerwieniami, które w normalnym zeszycie wziąłbym za błąd drukarni. Jego Gotham nie wygląda na mroczne. Wygląda na chore. To miasto widziane w gorączce i po dwudziestu stronach zupełnie przestaje przeszkadzać, że nie ma tu ani jednego klasycznie ciemnego kadru.

Czytałem jednym ciągiem, wieczorem, w fotelu, przy jednej lampce ustawionej tak, żeby nie zgubić żadnego koloru. Sto siedemdziesiąt pięć stron i ani razu nie sięgnąłem po telefon, co u mnie jest wynikiem z gatunku rekordów życiowych. Gdzieś w okolicach połowy zorientowałem się, że czytam coraz wolniej, i nie chodziło o to, że fabuła się komplikuje. Po prostu nie chciałem, żeby się skończyło. Duży format robi tu zresztą pół roboty, bo rozkładówki mają miejsce, papier nie gasi barw, a kilka plansz powiesiłbym sobie na ścianie, gdyby ta ściana nie była już zajęta.

Dymek, który przekrzywia się razem z bohaterem

Typografia w komiksie zwykle się nie zauważa, chyba że ktoś je spartaczy. Hassan Otsmane-Elhaou zrobił tu robotę na poziomie współautora. Jest taka scena, w której Batman wchodzi do Azylu Arkham i jego ramka narracyjna przechyla się o parę stopni względem kadru. Nic więcej.

Nagle czujesz, że grunt pod nogami bohatera przestał być poziomy. Dalej jest tylko odważniej: tekst wypływa poza dymki i płynie po planszy, głosy z Dolnego Gotham dostają własną, rozłażącą się typografię, monologi Alfreda są łamane jak wiersz. Zauważyłem to porządnie dopiero za drugim podejściem, bo za pierwszym byłem zbyt zajęty gapieniem się na kolory.

Piętro niżej wszyscy wyglądają gorzej

Pomysł wyjściowy jest prosty i dlatego działa. Pod Gotham leży drugie Gotham, karmione strachem i nienawiścią spływającą z góry, a przejścia między nimi od dekad pilnuje Trybunał Sów. Drzwi w końcu puszczają, na powierzchnię wychodzi Batman z Dołu i zaczyna szukać sobie własnego Robina. Przy tej liczbie komiksów o Mrocznym Rycerzu wymyślenie czegokolwiek nowego to sztuka, a Dolne Gotham jest najlepszą rzeczą w całym albumie.

Druga sprawa to przeprojektowana galeria złoczyńców i tu Ward się rozkręca na dobre. Harvey Dent szarpie się o kontrolę nad sobą i przez moment stoi niemal po jasnej stronie. Arnold Wesker dostaje najciemniejszą wersję swojej historii, jaką widziałem, i lepiej nie zdradzać, czym w tej odsłonie jest jego kukła. Killer Croc urósł do rozmiarów potwora z japońskiego kina. Sam Batman z Dołu, z mackami wychodzącymi z twarzy, jest sylwetką rozpoznawalną z dziesięciu metrów i podejrzewam, że sporo ludzi kupi ten album wyłącznie dla niego.

Osobna pochwała należy się Szponowi. Trybunał zwykle jest w tych historiach wyłącznie zagrożeniem, a tutaj pilnuje porządku, którego nikt inny pilnować nie chce, i wysyła z Batmanem w dół towarzysza, który okazał się jedną z ciekawszych postaci drugiego planu, jakie Bruce dostał w ostatnich latach.

List, którego Alfred nigdy nie wysyła

Od tego miejsca zdradzam fabułę. Jeśli komiksu jeszcze nie czytałeś, przeskocz dwa akapity niżej.

Pierwszy zeszyt otwiera list Alfreda do Bruce'a i przez większość lektury wygląda to tylko na ładny ozdobnik. Klamra domyka się w finale i to jedyny moment, w którym album trafił mnie naprawdę mocno. Ward pisze tu o człowieku, który stoi obok i latami patrzy, jak jego dziecko torturuje samo siebie, i nie umie z tym zrobić kompletnie nic.

Geneza Dolnego Gotham dopisuje przy okazji cały rozdział do historii rodziny Arkhamów. Amadeus Arkham w chwili słabości zawiera układ z okultystyczną istotą, żeby ratować syna. Istota podmienia Arthura, przez dekady żywi się jego traumą i przerabia chłopca na Batmana z Dołu. Całe miasto pod miastem okazuje się rozrośniętym do rozmiarów metropolii cierpieniem jednego dzieciaka.

To pomysł, dla którego można temu komiksowi wybaczyć sporo z tego, co napiszę niżej. Reszta zgrywa się z nim ładnie: ojcowie i synowie, mentorstwo, cudza trauma jako paliwo, Bruce uczący się pomagać wściekłemu dzieciakowi bez robienia z niego kolejnego pomocnika w pelerynie.

Potwory z macek i potwory z komendy

Pod lovecraftowską warstwą siedzi zaskakująco konkretny komiks o tym, co jest tu i teraz. Przemoc i korupcja policji, nierówności, klimat, pytanie o to, ile z gazet da się w ogóle wziąć na wiarę. Najmocniej działa wtedy, gdy Ward przykłada tę samą miarę do samego Batmana i pyta, jaki wzorzec sprawiedliwości ustawia w mieście facet załatwiający wszystko pięścią. Macki są zmyślone. Reszta niekoniecznie.

Trzy zeszyty na dziesięć pomysłów

No i teraz to, co mi realnie uwiera. Dolne Gotham, Trybunał Sów, Harvey, Alfred, nowy Robin, rodzina Arkhamów i cała menażeria potworów muszą się zmieścić w trzech rozdziałach. Nie mieszczą się. Część wątków zostaje zarysowana i porzucona, a spora grupa złoczyńców przewija się właściwie po to, żeby pokazać nowy projekt postaci i zejść ze sceny. Ward zbudował świat na dziesięć zeszytów i zamknął go po trzech, co jest realną stratą, a nie zarzutem.

Najgorzej wychodzi na tym finał. Wątek Trybunału zostaje sprzątnięty jednym zdaniem Alfreda, mimo że przez dwa rozdziały trzymał połowę intrygi. Kilka rzeczy układa się na tyle wygodnie, że przestałem w nie wierzyć. A starcie dwóch Batmanów, na które czekasz od pierwszej strony, kończy się, zanim zdążysz się w nie wciągnąć. Nie jest złe. Jest za krótkie, i to o jakieś dwadzieścia stron.

Czy warto?

Trudno mi to zamknąć jedną oceną, bo dostałem dwie różne rzeczy w jednej okładce. Jako obiekt do oglądania „Miasto szaleństwa" siedzi w ścisłej czołówce wszystkiego, co wyszło po polsku z Batmanem w tytule. Jako historia jest solidnym szkicem czegoś, co mogło być klasykiem, gdyby ktoś dał Wardowi jeszcze dwa zeszyty.

Jeśli lubisz komiks, na który się patrzy, a nie tylko taki, który się czyta, bierz bez wahania. Jeśli chodzi ci o Batmana-detektywa i intrygę trzymającą się kupy, odpuść sobie, bo się wkurzysz. Ja spędziłem nad tym jeden z najlepszych wieczorów z komiksem w tym roku i tyle mi wystarczy. Fabuły za rok pewnie nie odtworzę z pamięci. Trudno - przeczytam jeszcze raz :)


Aktualnie na stronie Egmont.pl, tom kosztuje niecałe 70 zł i dla każdego, kto ceni sobie wartość wizualną, jest to łakomy kąsek, zanim wyprzeda się cały nakład. Z doświadczenia, Azyl Arkham ciężko odkupić z drugiej ręki. Z Miastem Szaleństwa może być podobnie.

Tom do recenzji podesłał wydawca - Egmont.pl