Moja praca licencjacka sprawdzała, czy przez World of Warcraft można nauczyć się angielskiego. Wniosek był prosty: można, bo w tej grze się czyta, pisze, słucha i gada, a ja o pierwszej w nocy tłumaczyłem na Teamspeaku chłopakowi z Francji, żeby był łaskaw skupić się na leczeniu. Wcześniej były Diablo II, Warcraft III i StarCraft, czyli zestaw startowy rocznika osiemdziesiątego dziewiątego. Kawałek mojego życiorysu jest podpisany cudzym logo, więc po Play Nice sięgałem z lekkim strachem.
Balonik, którego tym razem nie trzeba nadmuchiwać
Z Schreierem mam jeden problem i nie będę go ukrywał. Przy poprzednich książkach łapałem się na tym, że rzeczy, które w gamedevie są zwykłym wtorkiem - wycięty system, zmiana kierunku na pół roku przed premierą, szef, który obejrzał build i zmienił zdanie - dostają u niego oprawę afery. Kto pracował po drugiej stronie, ten wie, że nikt wtedy nie panikuje, tylko siada do nowego harmonogramu.

Tutaj nadmuchiwać nie ma czego, bo liczby bronią się same. Titan: siedem lat pracy, osiemdziesiąt milionów dolarów, zero wydanych gier. Do czegoś takiego nie trzeba dokładać muzyki. Z resztek tego projektu powstał Overwatch, więc pointa wychodzi lepsza niż wstęp. Przy okazji dostajemy odpowiedzi na pytania, które gracze zadawali latami: dlaczego StarCraft II wyszedł w trzech kawałkach, dlaczego WoW dla wielu skończył się na Lich Kingu i skąd w ogóle wziął się pomysł na Diablo Immortal.
Fragmenty, które czytałem na głos
Najmocniej siadł mi moment, w którym do Blizzarda odzywa się amerykańska agencja od chorób zakaźnych z prośbą o dane z serwerów. Po tym, jak przez Azeroth przeszła zaraza wypuszczona przez błąd w kodzie, epidemiolodzy uznali, że mają przed sobą gotowy model ludzkich zachowań w czasie epidemii - kto ucieka, kto pomaga, a kto biegnie do miasta zarazić resztę dla beki. Pisałem licencjat o tym, że w tej grze dzieją się prawdziwe rzeczy, i po dwudziestu latach dostałem do tego przypis, o którym nie miałem pojęcia.

Najbardziej przewrotny jest rozdział o Overwatchu. Pitch idzie przed zarząd Activision tuż po kasacji Titana i jedyną osobą w sali, która widzi w tym potencjał, okazuje się Bobby Kotick, czyli człowiek, którego ta książka konsekwentnie zamienia w czarny charakter. Kupił go Torbjörn. Krasnal z warkoczami w brodzie i wieżyczką, o którym w studiu mówiono potem złośliwie, że jest mniej więcej tak unikalny jak każdy inny krasnal z Warcrafta. Drugi smaczek tej samej klasy: Ben Brode planował odejście z firmy na spotkaniach zatytułowanych „monetyzacja Dungeon Runów", żeby nikomu nie zapaliła się lampka. Śmiałem się na głos.
Rozdziały, przy których odkładałem książkę
Najgorsze rzeczy w Play Nice dzieją się w tabelkach. Wynagrodzenie Koticka urosło w pewnym momencie do ponad trzydziestu milionów dolarów rocznie, czyli mniej więcej trzystu dziewiętnastu median pensji w firmie, która obok trzymała ludzi na stawkach poniżej rynku, bo płaciła im prestiżem. „Krwawienie na niebiesko" brzmi dumnie do chwili, w której ktoś policzy, ile to krwawienie kosztowało konkretne osoby.

Rozdziały o kulturze firmy i pozwie z 2021 roku są napisane sucho, na dokumentach i zeznaniach, bez ani jednej próby podkręcenia, i właśnie dlatego robi się przy nich zimno. Jay Wilson opowiadający o tym, jak po premierze Diablo III został chłopcem do bicia całego internetu, to z kolei fragment, przy którym zrobiło mi się zwyczajnie przykro za człowieka.
Czego mi zabrakło
Lata dziewięćdziesiąte przelatują tu stanowczo za szybko. Silicon & Synapse, The Lost Vikings, spór z twórcami Dune II o to, kto komu podpatrzył kod, i już jesteśmy w Irvine z budżetami na setki osób. Dekada, która interesuje mnie najbardziej, dostała najmniej miejsca. Nazwisk jest tyle, że w okolicach połowy przestałem pilnować, kto jest wiceprezesem czego, a finał pod skrzydłami Microsoftu wypada raczej jak wzruszenie ramion, bo ta historia po prostu dzieje się dalej i nikt nie zna jej końca.

Czterysta szesnaście stron w miękkiej oprawie, przekład Bartosza Czartoryskiego, 54,99 złotych w cenie okładkowej i opcja na ebook oraz audiobook dla lubujących się w słuchaniu. Zmieściłem to w trzy wieczory. Zostało mi z tego jedno zdanie, które chodzi za mną od tygodnia: „sukces osiągnięty w zły sposób jest groźniejszy niż porażka, bo porażka przynajmniej czegoś uczy".
Czy polecam?
Jeśli kiedykolwiek stałeś w Orgrimmarze, farmiłeś runy w Diablo II albo przegrywałeś 2v2 na Lost Temple, to jest lektura obowiązkowa. Szczególnie wtedy, kiedy masz w głowie to nieprzyjemne „kiedyś to było, a teraz już nie to samo", ale nie umiesz sobie wytłumaczyć, w którym momencie coś pękło. Ta książka pokazuje ci konkretne spotkania, konkretne nazwiska i konkretne decyzje, po których zrobiło się inaczej - i nie zawsze wychodzą one tak, jak byś obstawiał.
Komentarze