Superman nigdy nie był u mnie wysoko. Za dużo supermocy, za mało superwad - koleś, który rozwiązuje problem, zanim zdążę się nim przejąć. Od DC chciałem mroku i traumy, a dostawałem plakat. Jeden wyjątek zawsze robiłem dla Doomsdaya, bo to jedyny przeciwnik, przy którym uwierzyłem, że Clark może przegrać. I to jego nazwisko sprawiło, że sięgnąłem po ten tom.

Randka na Księżycu i koniec czasu w jednym albumie

Całość czyta się z zapartym tchem. Williamson układa tom tak, że po scenie, która realnie boli, wchodzi superrandka, na której Clark z pomocą Księżyca rozluźnia atmosferę. Albo Lois, która w środku walki bawi się swoimi mocami, jakby testowała nową zabawkę. Żaden ton nie ma tu czasu się zużyć.

Lois, która nagle może wszystko

Na okładce jest Superman, ale ten tom należy do Lois Lane. Po „Władzy absolutnej" dostaje ona pełny kryptoński pakiet i reaguje na niego dokładnie tak, jak zareagowałby każdy z nas: najpierw zachwyt, potem brawura, potem rachunek za brawurę. Williamson pamięta przy tym, że to kobieta, która raz już widziała, co Doomsday potrafi zrobić jej mężowi. Tego się nie odzobaczy. I to buczy pod spodem przez cały album.

Time Trapper, czyli w końcu dostałem ten mrok

Time Trapper intryguje do samego końca i to on wnosi tu ciężar, na który u DC czekałem latami. Jego stawki nie da się rozwiązać pięścią. Rozmowy, które prowadzi z Kentami, są nieprzyjemne, bo obie strony wiedzą, że w połowie ma rację. Nie sądziłem, że akurat seria o Supermanie zamknie mi usta w kwestii „ten złol nigdy nie miał prawdziwych problemów".

Mora rysuje tak, że szkoda kartkować szybko

Dan Mora jest w formie, do której zdążył nas przyzwyczaić. Kadry gęste od detalu, sceny zbiorowe czytelne mimo tłoku na planszy. Kolory Alejandro Sáncheza świecą najmocniej dokładnie tam, gdzie fabuła robi się najciemniejsza. Jedno zastrzeżenie: dołączony do tomu „Superwoman Special" rysował inny zespół i widać to od pierwszej strony. Nie psuje lektury, ale zgrzyta.

Komiks na godzinkę, którą ktoś u ciebie spędzi

Wydanie jest poręczne: miękka oprawa ze skrzydełkami, 180 stron, format 16,7 x 25,5 cm. Druk poprawny, gramatura też. Tłumaczenie Jakuba Sytego czyta się gładko, nie wyłapałem ani jednej literówki ani błędu w składzie. To ten typ komiksu, który dobrze mieć na półce, bo kiedy ktoś wpadnie na godzinkę, przejdzie przez niego w trymiga i wyjdzie bogatszy o wątek, do którego będzie chciał wrócić.

Próg wejścia jest niski. Zaległości fabularne są albo wyjaśnione w dialogu, albo opatrzone odnośnikiem do konkretnej sagi, więc jak coś cię zaciekawi, od razu wiesz, po co sięgnąć dalej. Wszedłem w to bez żadnego przygotowania i ani razu nie musiałem sprawdzać, kto jest kim albo dlaczego ten zachowuje się tak, a nie inaczej.

Brać?

Lubisz superbohaterów w wersji jasnej, z humorem i małżeństwem, które faktycznie ze sobą rozmawia? Masz to tutaj. Chcesz kosmicznej stawki i złoczyńcy, którego nie da się po prostu przewrócić? To też, w tym samym tomie. Ja lubię oba obozy i nie umiem wskazać strony, na której byłoby przewidywalnie. Odpuść, jeśli z zasady nie znosisz rozdawania mocy postaciom, które świetnie radziły sobie bez nich, bo cały album stoi na Lois z pełnym kryptońskim pakietem i nie da się tego obejść.


Cena okładkowa to 79,99 zł, w promocji schodzi do niecałych 56 zł. Za tę drugą kwotę biorę w ciemno.

Aktualnie na stronie Egmont.pl, tom kosztuje niecałe 56 zł i uważam to za rewelacyjną cenę, szczególnie jeśli pomyślimy, że dostajemy w zamian świetną historię z genialną kreską, która rozpościera się na 180 stronach. Stosunek ceny do jakości jest tutaj ciężki do skrytykowania.

Tom do recenzji podesłał wydawca - Egmont.pl