W każdym survivorsie przychodzi taki moment, kiedy odkładam pada i po prostu patrzę. Postać sama mieli wszystko dookoła, liczniki skaczą, ekran błyszczy jak choinka w galerii handlowej, a ja w tym czasie spokojnie piję kawę. Lubię to, choć mam świadomość, że to trochę jak oglądanie pralki przez szybkę. Steel Swarm: SURVIVOR co chwilę próbuje mi tę kawę odebrać. W demie wychodzi mu to częściej, niż się spodziewałem.

Szesnaście pól i ani jednego więcej

Zamiast czarów i latających noży wokół bohatera krąży eskadra dronów. Przed misją rozstawiam je na siatce szesnastu pól wokół postaci - z przodu, po bokach, z tyłu - i decyduję, w jakiej kolejności mają się pojawiać, kiedy w trakcie rajdu wpadnie kolejny. Pierwszy raz w tym gatunku coś sobie rozrysowałem, zanim w ogóle padł pierwszy strzał.

Auto Cannon z przodu, rakiety z tyłu, laser na boku, bo wydawało mi się to mądre. Wydawało się do trzeciej misji. Potem przestawiałem wszystko w menu jak meble w kawalerce, gdzie każda zmiana oznacza, że coś innego przestaje pasować. Szkoda, że w trakcie rajdu układu nie da się ruszyć. Jak coś nie siedzi, trzeba to dociągnąć do końca albo zacząć od zera.

Dynamo i Bear

Dynamo strzela z dwóch pistoletów do najbliższego wroga, niezależnie od tego, w którą stronę akurat patrzy. Bear, którego odblokowuje się po ukończeniu Burk, ma shotguna bijącego wyłącznie przed siebie. I tu zaczynają się schody. Nagle trzeba się ustawiać do wrogów przodem, a postać skręca z lekkim opóźnieniem, jakby ważyła dwa razy tyle, ile wygląda. Przy Bearze więcej czasu spędzałem na celowaniu niż na strzelaniu, a sterowanie miało w sobie coś z cofania wózkiem widłowym w ciasnym magazynie.

Może to kwestia przyzwyczajenia. Po kilku rajdach i tak wracałem do pistoletów.

Po co komu paliwo w survivorsie?

Na mapach stoją auta. Szybkie i kruche albo ciężkie, powolne i pancerne. Żeby którymkolwiek ruszyć, trzeba najpierw nazbierać paliwa, a za kierownicą własna broń milknie i zostaje taranowanie. Kiedy pierwszy raz wjechałem czymś ciężkim w środek fali metalowej hołoty, poczułem się jak Struś Pędziwiatr, który w końcu kupił ciężarówkę. Pojazd przy zerowej wytrzymałości wybucha i zabiera ze sobą wszystko w promieniu kilku metrów, więc nawet jego koniec do czegoś się przydaje.

Rozwala się zresztą prawie wszystko: płoty, drzewa, zaparkowane auta, ściany budynków. Przejście przez czołg jak przez karton po mleku najpierw mnie bawiło, potem przestałem to zauważać. Wolę to niż utknięcie w rogu mapy przez źle postawiony śmietnik.

Gdzie mi zgrzytało

Co jakiś czas wrogowie wchodzą w Overdrive - przyspieszają, mocniej biją albo robią się grubsi. Gra uprzedza, że to nadchodzi, ale zapobiec temu się nie da, więc przez kilkanaście sekund po prostu uciekam i liczę na łut szczęścia. Na wyższych poziomach trudności zaczyna się to wcześniej.

Do tego dochodzi Xalium, czyli waluta na stałe ulepszenia w Black Market. Szesnaście rodzajów, po dziesięć poziomów każdy, a z jednej misji wpada tyle, co kot napłakał. Twórcy dorzucili skrzynki z Xalium rozrzucone po mapach i to pomaga - a i tak powtarzałem tę samą misję, żeby kupić jeden poziom szybkości ruchu.

Najbardziej uwierały mnie jednak misje na czas. Cały urok gatunku polega na przetrwaniu, a tu nagle pojawia się zegar i przekroczenie limitu kończy cały rajd porażką. Mam w domu dwójkę dzieci, więc liczników czasu w życiu mi nie brakuje. Kiedy do tego gra zaczyna mnie poganiać, robi się nerwowo jak rano przed przedszkolem.

Co i kiedy?

Za grą stoi CT Game Studio, ekipa z Seattle i Ankary, która ma już na koncie czołgową MOBĘ z tego samego uniwersum. Demo jest darmowe na Steamie, a early access ma wystartować jeszcze w tym roku, choć konkretnej daty brak. Gra jest wyłącznie po angielsku, wymagania są łaskawe (wystarczy GTX 1050 Ti i 8 GB RAM-u), jest też co-op dla dwóch osób, którego akurat nie sprawdzałem. Demo jest regularnie łatane - od lutego doszły pojazdy, przebudowane mapy, nowe zachowania wrogów i tryb dla dwóch graczy - więc to, w co gram dziś, za miesiąc może wyglądać trochę inaczej.

Na razie Steel Swarm: SURVIVOR przypomina mi garnitur z dobrego materiału, któremu krawiec jeszcze nie skrócił rękawów. Formacje dronów to pomysł, który ten gatunek mógłby sobie spokojnie przygarnąć na stałe, a jazda autem przez hordę dała mi frajdę, której się tu w ogóle nie spodziewałem. Jeśli twórcy poluzują walutę i schowają zegar do szuflady, wrócę do tego bez namysłu. Z kawą, która pewnie i tak wystygnie.