Każdy, kto przesiedział w korporacji choć rok, zna ten obraz: człowiek idzie korytarzem z kartonem pod pachą, w kartonie kubek, ładowarka i zdjęcie psa. Karton jest w tej scenie symbolem przegranej. Dwóch Australijczyków zrobiło z niego zbroję.
Tom Phillips i Jeremy Kelly-Bakker robili wcześniej efekty specjalne do kina, mają w papierach „Iron Mana 3″ i „Zimowego żołnierza" [mój ulubiony film z całego MCU], a kiedy w 2020 roku plany zdjęciowe stanęły, przesiedli się do gier. Box Knight to ich debiut: pudełkowy urzędnik o siedemnastej w piątek zakłada hełm i idzie piętro po piętrze przez biurowiec pełen potworów, żeby na górze rozliczyć się z prezesem. Wyszło 25 sierpnia na Steamie, piętnaście dolarów, na start jeszcze piętnaście procent taniej. Sam punkt wyjścia kupiłem od razu i podejrzewam, że nie ja jeden.

Papier, nożyce, dział sprzedaży
Walka jest boczna i bardzo staroszkolna: lekki cios, ciężki cios, unik, skok, trzy rodzaje broni i egzekucje zostawiające na podłodze tekturowe strzępy. Tektura to najlepszy pomysł projektowy w tej grze, bo pozwala na przemoc absurdalnie przesadzoną, przy której się śmiejesz, zamiast krzywić. Do tego dochodzi system słabości przeciwników działający na zasadzie papier-nożyce-kamień. Jednego wroga trzeba rozbić ciężkim ciosem, drugiego obejść, trzeciego przerwać w trakcie zamachu, a przy kilkunastu naraz robi się z tego zaskakująco konkretna łamigłówka pozycyjna. Kiedy działa. Bo przeciwnicy dają się też zwyczajnie zablokować w nieskończonej serii uderzeń i wtedy cały ten sprytny pomysł ląduje w koszu razem z resztą tekturowych zwłok. Nie wiem, czy to niedopatrzenie, czy furtka zostawiona dla zmęczonych, ale wolałbym, żeby gra ufała własnemu systemowi.

Pięć procent uników i inne wielkie awanse
Najgorzej wypada warstwa roguelite'owa, czyli akurat ta, która ma cię trzymać przy grze po dziesiątej śmierci. Stałe ulepszenia rozdaje Council of the Janitors i sam żart jest świetny, tylko stoi za nim głównie podkręcanie liczb. Dostajesz plus pięć procent uniku i nie czujesz absolutnie niczego, a nowa broń bywa drobną korektą wydajności zamiast innego sposobu gry. Kolejne przebiegi układają się przez to w ten sam wieczór, tylko z lepszymi statystykami. Odblokowywanie idzie przy tym na tyle wolno, że w pewnym momencie zaczyna przypominać pracę, co w grze o korporacji jest ironią chyba niezamierzoną. To realna wada, nieakademicki zarzut, bo w tym gatunku właśnie tam leży całe paliwo. Pierwszy wieczór jest świetny, trzeci wyraźnie bledszy.

Najlepiej gra się w to na jednej kanapie
Sporo z tych zastrzeżeń traci na sile w momencie, w którym ktoś siada obok. Box Knight ma lokalną kooperację na podzielonym ekranie, rzecz w 2026 roku prawie wymarłą, a przez Remote Play Together da się ją naciągnąć również na łącze. Powtarzalność, która w pojedynkę uwiera, we dwójkę zamienia się w rytuał, bo połowa frajdy bierze się z wrzasku obok, kiedy sprzątniesz koledze ulepszenie sprzed nosa. Oprawa robi tu ogrom roboty. Ręcznie rysowany, jaskrawy świat wygląda jak sobotnia kreskówka, a przeciwnicy mają charakter wypisany na twarzach. Filmowe korzenie autorów widać w szczegółach, o których się normalnie nie myśli: głębię zbudowano perspektywą wymuszoną, techniką rodem ze scenografii teatralnej, i celowo zrezygnowano z prostych linii. Efekt jest taki, że nawet korytarz z kserokopiarką jest lekko krzywy i przez to żywy. Hełmów, uniformów i broni do przebierania jest więcej, niż ta gra potrzebuje, i bardzo dobrze.

Karton wynoszony z biura
Szwy widać. Zdarzają się wywalenia do pulpitu, interfejs jest zagracony, a napisy tak drobne, że na przenośnym pececie robi się z tego test wzroku. Biurowa satyra została raczej odhaczona niż napisana; przy takim punkcie wyjścia rzucanie wizytówkami jak shurikenami samo się prosiło, a dostajemy zwykłą tekturową maczugę. Mimo to trudno mi na tę grę narzekać dłużej niż akapit, bo kosztuje mniej niż dwa bilety do kina i dokładnie tyle obiecuje. Nie wciągnie cię na sto godzin ani nie nauczy niczego o tobie. Jest na piątkowy wieczór, na drugiego pada i na kilka godzin głośnego śmiechu z rzeczy rozpadających się na kawałki. Box Knight jest jak firmowa integracja: nikt nie zapamięta jej na lata, ale nikt przy niej nie patrzył na zegarek.
Grę do recenzji dostarczyło We Made A Thing Studios.
Komentarze