Są gry, przy których po pięciu minutach ręka sama szuka karty pamięci. Takiej szarej, na piętnaście bloków, podpisanej długopisem na naklejce. Full Circle to jedna z nich i złapałem się na tym szybciej, niż chciałbym przyznać.

Demo nie udaje, że wymyśla gatunek od nowa. Od pierwszego ujęcia czuć tę mieszankę melancholii i przygody, którą pamiętam z najsłynniejszej serii japońskich RPG-ów, tej z kryształami i rzymskimi cyframi na pudełku. To nostalgia w czystej postaci i nikt tu nie próbuje jej przykrywać ironią. Kupuję to w ciemno, bo wychowałem się na takich grach.

Grafika i klimat

Pikselowe postacie na tle trójwymiarowych lokacji, kamera ustawiona tak, że każde ujęcie wygląda jak ilustracja z instrukcji do gry. Zarośnięte miasto, wieże, dachy, po których skacze się między starciami. Graficznie Full Circle jest po prostu śliczny. Mam do takich retro klimatów ogromną słabość, więc obiektywny tu nie będę i nawet nie zamierzam udawać.

Gdzie ja właściwie jestem?

Gorzej ze światem. Ludzkość uciekła przed zmutowanymi bestiami do latających miast, a młodzi bohaterowie są wychowywani po to, żeby schodzić na powierzchnię i pilnować, by ostatnie schronienie przetrwało. Tyle mniej więcej wiem, tylko że bardziej ze strony w sklepie niż z samej gry. Demo wrzuca w akcję i zakłada, że resztę dopowiesz sobie sam. Kim są ci ludzie, czemu wszystko zaczyna się od wybuchu, o co tu w ogóle toczy się gra - odpowiedzi nie dostałem.

Rozumiem, że to wycinek większej całości. Trochę więcej kontekstu by jednak nie zaszkodziło, bo trudno przejmować się losem miasta, o którym wiem tyle, co z tylnej okładki.

Kyra, czyli moja faworytka

Ekipa jest pięcioosobowa. Ena to główny bohater, wyluzowany, choć kiedy trzeba, potrafi spoważnieć. Octo bije mocno i równie mocno marszczy brwi, Max sypie sarkazmem, a Aisha ma w zanadrzu przemianę, o której chętnie dowiedziałbym się więcej.

Kyra z akwamarynowym kucykiem kupiła mnie od pierwszej sceny. Jest w niej coś tajemniczego. Mam też przeczucie, że Ena będzie do niej wzdychał przez całą grę. Znam ten gatunek na tyle, żeby trochę się o nią martwić, bo w jRPG-ach obiekt westchnień bohatera rzadko dożywa napisów w jednym kawałku.

Walka i zapasy

Walka jest turowa, ale ręce mają co robić. Wciśnięcie przycisku we właściwym momencie podbija obrażenia albo łagodzi cios przeciwnika, a postacie potrafią łączyć umiejętności w ataki drużynowe z własnymi animacjami.

Przedmiotów przywracających HP i SP jest w demie zdecydowanie za mało. Nie trafiłem też na nic w rodzaju ogniska czy punktu zapisu na mapie, przy którym można by złapać oddech. Kilka razy szedłem dalej z drużyną na oparach, licząc, że za kolejnym rogiem nie czeka nic groźnego.

Godzina i napisy

Całość zajęła mi mniej więcej godzinę, i to ze szwendaniem się po kątach. Najbardziej boli jednak to, gdzie demo się kończy, bo urywa się tuż przed walką z bossem. Wiesz, że za drzwiami czeka coś dużego, gra też to wie, a potem po prostu się wyłącza. Jak odcinek serialu ucięty w połowie.

Zdarzyło mi się też kilka razy wejść postacią w szafę w budynku albo w stół, jakby meble były tylko dekoracją. To wczesna wersja, więc pewnie ktoś to jeszcze połata, ale przy tak dopieszczonej oprawie takie rzeczy kłują w oczy.

Za Full Circle stoi jeden człowiek - twórca z Peru działający jako 2nd Player Games, który sam komponuje też muzykę. Wydaje Deck13 Spotlight. Gra ma trafić na PC i konsole, ale daty premiery wciąż nie ma, polskiej wersji językowej też na razie nie widać.

Wishlista wleciała od razu po wyłączeniu dema i w pełną wersję zagram na pewno. To demo zadziałało na mnie jak płytka z gazety z końca lat 90., którą katowało się do porysowania, bo na pełną grę trzeba było jeszcze poczekać. Tym razem przynajmniej nie muszę odkładać kieszonkowego.