Z horrorami mam prosty układ: one mnie straszą, a ja ich nie oglądam. Po zmroku tym bardziej, bo wyobraźnia bierze potem nadgodziny i dorzuca od siebie rzeczy, których w filmie nawet nie było. Kino ma z kolei tę wadę, że gasi światło i nikogo nie pyta o zdanie.

Na Residenta pójść jednak musiałem. Od lat nie mam wobec ekranizacji tej serii żadnych oczekiwań, do tego stopnia, że jako jeden z nielicznych dobrze bawiłem się na filmach Paula W.S. Andersona. Traktowałem je jak kompletną odklejkę, która z grami dzieliła głównie logo, ale jako durny zapychacz o zombie do kotleta? Why not. Tym razem stawka była wyższa, bo za kamerą stanął Zach Cregger. Po Barbarzyńcach i Zniknięciach jego nazwisko działa na mnie jak nalepka na kartonie: ostrożnie, zawartość gryzie.

Ta sama noc, zupełnie inny facet

Zacznę od decyzji, którą uważam za genialną. Cregger pożyczył z gier Raccoon City i noc, w której wszystko idzie tam do diabła, ale bohatera przywiózł własnego. Leona i Claire nie spotkacie, a żadnej słynnej sceny nikt tu nie odhacza jak pozycji na liście zakupów. Śledzimy faceta, który miał pecha wjechać do miasta z paczką pod pachą akurat tej nocy. Historia toczy się obok tego, co znamy z gier, i właśnie dlatego ani razu nie wiedziałem, co czeka za kolejnym zakrętem.

Cregger sam jest graczem i to widać po tym, czego w filmie nie ma. Nazwa Umbrella pada rzadko, o T-wirusie nie usłyszycie ani słowa, a mitologii serii nikt tu nie wykłada przy tablicy. Mam wrażenie, że po wycięciu wszystkich nazw kojarzonych z marką nadal zostałby świetny film grozy. Z nimi jest po prostu jeszcze lepszy, bo co kilka minut puszcza oko do ludzi, którzy spędzili w Raccoon City więcej czasu niż we własnym mieście.

Bohater, który trzyma strzelbę jak parasol

Bryan Hodukavich jest kurierem medycznym. Właśnie dowiózł nerkę do przeszczepu i kończy zmianę, a w tle wisi niedokończona rozmowa z dziewczyną, która chwilę wcześniej powiedziała mu, że jest w ciąży. Wtedy wpada jeszcze jedno zlecenie: pilna paczka do szpitala w Raccoon City, płatne podwójnie. Bryan bierze. Ja też bym wziął i chyba dlatego polubiłem go tak szybko.

To zwykły gość, którym mógłby być każdy z nas. Pierdołowaty, niezdarny, gada do siebie pod nosem i klnie za każdym razem, kiedy coś idzie nie tak, czyli mniej więcej co pół minuty. Sporo jego zachowań jest po prostu ludzkich, a w tym gatunku to towar deficytowy. Ma w sobie mnóstwo autoironii i sarkazmu, no i zdrowy rozsądek, który bohaterom horrorów zwykle wyparowuje gdzieś w pierwszym akcie. Święty też nie jest. Po drodze pozwala sobie na drobne oszustwa, ale z tych, na które człowiek przymyka oko, kiedy dookoła kończy się świat.

Najbardziej podoba mi się to, że nikt nie zrobił z niego maszynki do mielenia zombiaków. Bryan znajduje broń i kompletnie nie wie, co z nią zrobić. Pudłuje. Przeładowuje z gracją faceta, który składa szafkę z instrukcji bez rysunków. Broń zna głównie z gier i szybko się przekonuje, że gry trochę go okłamały. Austin Abrams gra to wybornie, jest na ekranie praktycznie przez cały seans i dźwiga ten film w pojedynkę.

Każda kłódka ma swój klucz. Gorzej, gdzie go schowano

Kłódki. O nich mógłbym napisać osobny tekst. W grach wystarczy w taką strzelić i po sprawie, więc Bryan strzela. Raz, drugi, kolejny, a kłódka dalej wisi i wygląda, jakby się z niego nabijała. Próbuje staranować zamkniętą bramę autem. Też nic. To najlepszy running gag, jaki widziałem w kinie od dawna, a przy okazji mała szpila wbita wszystkim graczom, bo każdy z nas odstrzelił setki takich kłódek i nigdy się nie zastanowił, czy to w ogóle ma prawo działać. Do tego dochodzą kłódki z symbolami, do których trzeba znaleźć pasujący klucz. Fan serii wie, co to oznacza: bieganie po całym budynku i grzebanie w miejscach, w które normalny człowiek nie włożyłby ręki. Choćby przy odciętej nodze.

Easter eggów jest cała masa, ale żaden nie wyskakuje z ekranu z transparentem. Kiedy Bryan zapala światło w pokoju na piętrze starego domu, a na biurku stoi maszyna do pisania, zaśmiałem się od razu (oczywiście wewnątrz, bo siedziałem w kinie, a sam nie lubię, kiedy ktoś przeszkadza). Przy telefonie w kuchni stoi doniczka z zielonym ziółkiem, w stodole na balocie siana leżą spraye lecznicze, pudełko nabojów do strzelby zdobi znajomy miś z czwórki, a na jednej z ulic wisi szyld sklepu z bronią podpisany nazwiskiem pewnego policjanta-żółtodzioba. Laik weźmie to za scenografię, a ja siedziałem uśmiechnięty od ucha do ucha.

Farma, tunel, kanały. Zapisać grę?

Cały film poukładano jak kolejne poziomy. Farma ze zmutowanym psem, tunel zapchany porzuconymi autami, kanały, szpital - każda lokacja ma własne zagrożenia i własne zadanie do wykonania, zanim wolno pójść dalej. Bryan zaczyna z pustymi rękami, potem wpada mu pistolet, później strzelba, a jeszcze później coś, co pluje ołowiem dużo szybciej. Kamera lubi trzymać się tuż za jego plecami, jak w grach z widokiem zza ramienia, a kiedy Bryan ogląda nową broń, na moment patrzymy jego oczami. Jako gracz byłem ukontentowany, bo ktoś w końcu przeniósł na ekran samo uczucie grania i nie próbował mi przy tym wmawiać, że film jest grą.

Tempo jest wyborne. Po krótkim prologu film pozwala Bryanowi spokojnie jechać i gadać przez telefon, a widzowi rozsiąść się w fotelu. Potem zaczyna dokręcać śrubę i już nie przestaje. Od pewnego momentu to jazda bez trzymanki, a całość mieści się w półtorej godziny i nie ma w niej sceny, którą chciałbym wyciąć.

Pies, któremu lepiej nie podawać łapy

Jest brutalnie, mrocznie, krwawo i bezpardonowo. W Resident Evil najgorsze rzeczy od zawsze chodzą na czterech łapach i Cregger chyba o tym pamiętał, bo jednym z pierwszych przeciwników Bryana jest pies. Dalej jest już tylko gorzej. Głowy pękają, ciała zlewają się w coś, czego nie umiem nazwać.

Większość potworów zrobiono praktycznie, z lateksu, gluta i ogromnych kukieł, i to czuć w każdym oślizgłym ujęciu. Najbardziej przerażał mnie jednak pojedynczy zarażony w szpitalu - zobaczycie, będziecie wiedzieć :). Jeden szybki, charczący człowiek w ciasnym korytarzu robi więcej roboty niż horda na otwartej ulicy. W drugiej połowie kilka stworów wyraźnie wygenerowano cyfrowo i przy gumowych, lepkich kolegach wyglądają jak goście, którzy pomylili imprezy.

Czy da się to obejrzeć, jeśli boisz się horrorów?

Da się. Sprawdziłem na sobie. Momenty straszne i te, które mają tylko trzymać w napięciu, wyważono bardzo rozsądnie. Jump scare'ów jest sporo, ale nikt nie sypie nimi co pięć minut jak towarem z promocji. Dużo robi humor, który działa tu jak zawór bezpieczeństwa. Kiedy robiło się naprawdę źle, Bryan rzucał pod nosem coś kąśliwego i na sekundę mogłem wypuścić powietrze. Cregger zaczynał w komedii skeczowej i tu to słychać.

Uwielbiam uczucie niepewności, zagubienia i napięcia, a tego dostałem ogromnie dużo. Przez cały seans zastanawiałem się, czy za rogiem czeka kolejna klisza, czy może Cregger odwróci ją do góry nogami. Za każdym razem wybierał trzecie wyjście, na które sam bym nie wpadł, więc nie nudziłem się ani przez minutę. Fan serii we mnie był wniebowzięty, a tchórz, który mieszka tuż obok, wciąż jest dumny, że dotrwał do napisów.

Śnieg, noc i polski operator

Cały film rozgrywa się nocą i w śniegu, co brzmi jak przepis na półtorej godziny mrużenia oczu. Za zdjęcia odpowiada jednak Dariusz Wolski, urodzony w Warszawie operator i stały współpracownik Ridleya Scotta, więc dostałem najczytelniejszą ciemność, jaką widziałem w kinie od dawna.

Światła samochodu na tle białej pustki albo sama latarka w telefonie pokazują dokładnie tyle, ile trzeba, żeby się bać. Śnieg dodatkowo tłumi dźwięki, więc cisza przed atakiem gęstnieje jak kisiel, a muzyka braci Holladayów konsekwentnie pcha wszystko do przodu.

A reszta obsady?

Tu muszę pomarudzić. Paul Walter Hauser, Kali Reis i Zach Cherry wpadają na chwilę i znikają, zanim zdążyłem zapamiętać, jak mają na imię. Ludzie z korporacji wypadają zresztą jak ekipa startupu, który przypadkiem wypuścił na świat apokalipsę. Zabawnie, tylko że ze złowrogiej firmy znanej z gier zostaje niewiele.

Marudzę też przy wątku ciąży. Dziewczyna Bryana istnieje głównie jako trzeszczący głos w słuchawce, a film co chwilę podsuwa sytuacje, które aż się proszą, żeby połączyć jego strach przed ojcostwem z tym, co dzieje się na ekranie. Czasem to robi, częściej biegnie dalej, do następnej krwawej sceny. Szkoda, bo Abrams ma w sobie dość ciepła, żeby ten wątek udźwignąć. Przy takim tempie łatwo to przegapić.

No i jak, fajne?

Zach Cregger z Shayem Hattenem napisali historię, która dzieje się w świecie gier i szanuje je bardziej niż wszystkie wcześniejsze filmy z tym logo razem wzięte, a obroniłaby się nawet bez niego. Austin Abrams zrobił z pierdoły bohatera, któremu kibicowałem bardzo długo. Do tego półtorej godziny bez dłużyzn i kłódki. Te cholerne kłódki.

Wyszedłem z seansu zadowolony, ale też trochę przebodźcowany, jakbym to ja targał tę paczkę przez pół Raccoon City. I wiesz co? Warto było!