Spider-Man: Brand New Day to film o facecie, który przez pięć lat patrzył, jak życie jego znajomych toczy się dalej bez niego. Na ekranie telefonu.

Screenshoty pochodzą ze zwiastunów, jeśli ich celowo nie oglądaliście, nie psujcie sobie zabawy i najpierw idźcie do kina.
Peter Parker nie zapomniał nikogo. To świat zapomniał jego. Ned i MJ poszli na MIT, skończyli studia, zbudowali sobie dorosłe życie - a on śledził to wszystko przez social media, jak obcy człowiek, który przypadkiem trafił na czyjś profil. Ten czas po prostu go ominął. I powiem szczerze: to najmocniejszy pomysł w całym filmie, a jednocześnie źródło jego największego problemu.
Szedłem na Brand New Day z konkretnym zestawem oczekiwań i dostałem dokładnie to, na co się nastawiałem. Bawiłem się naprawdę dobrze - tylko nie płakałem jak przy Endgame i ani razu nie krzyknąłem w stronę ekranu. Jeśli szukacie właśnie tego, to od razu ustawmy sobie poprzeczkę na właściwej wysokości.
Klimat No Way Home, tylko bez tego finału
Za kamerą stanął Destin Daniel Cretton, ten sam, który zrobił Shang-Chi. Dla mnie to duża rekomendacja, bo z poprzedniej fazy Marvela, to właśnie ten film „siadł" mi najmocniej. Film ma jedno konkretne zadanie i wykonuje je bardzo dobrze - wprowadza nowych bohaterów, którzy pociągną sagę MCU przez parę, jeśli nie paręnaście lat. To jest przedsionek czegoś większego i nikt tego specjalnie nie ukrywa.

Klimatem najbliżej mu do No Way Home, tylko bez tej emocjonalnej kulminacji, na którą tamten film pracował dwa poprzednie. Zamiast wielkich, epickich bitew dostajemy coś bardziej kameralnego i zdecydowanie bardziej komiksowego w starym, dobrym sensie tego słowa. Mnie to pasuje. Bardzo komiksowy Iron Man 3 też mi kiedyś pasował klimatem - poza samym Mandarynem, ale to już inna historia i wszyscy wiemy, jak się skończyła.

Peter Parker w dołku, którego nie umiał udźwignąć
Jedna rzecz mnie tu jednak uwiera. Spider-Man w tym filmie jest zaskakująco depresyjny. Nie chodzi o to, że bohater przeżywa kryzys, bo to akurat wynika z fabuły i ma sens. Chodzi o to, że przez większość seansu ten kryzys jest jedynym trybem, w jakim Peter działa. Brakuje ulgi, brakuje oddechu, brakuje tych momentów lekkości, które w Homecomingu robiły z niego postać, do której się wracało.

Efekt jest taki, że tytułowy bohater bywa najmniej interesującą osobą we własnym filmie. Nie mówię o MJ i Nedzie - to, że Jacob Batalon grać nie potrafi, wiemy od dawna i nikogo już to nie dziwi. Mówię o całej komiksowej części tego widowiska, która wchodzi na ekran i zabiera go dla siebie.

Bernthal, Ruffalo, Mando - royal elite
Każda scena, w której obok Toma Hollanda pojawia się ktoś z tej drugiej ligi, natychmiast należy do tego kogoś. Jon Bernthal jako Frank Castle, na dużym ekranie po raz pierwszy. Mark Ruffalo w roli Bruce'a Bannera. Michael Mando wracający jako Mac Gargan po dziewięciu latach od Homecomingu. O roli Sadie Sink nie napiszę ani słowa, bo to zepsułoby wam pół zabawy, ale to jest dokładnie ta klasa.

Ci ludzie kradną film i robią to bez wysiłku. Dynamika między Peterem a Frankiem to najlepsze, co Brand New Day ma do zaoferowania - dwóch facetów, którzy się nie dogadują, a potem jednak muszą. Bro-mance w najczystszej postaci, zbudowany na tarciu, nie na przyjaźni od pierwszego ujęcia. Jeśli wychowaliście się na komiksach z pajączkiem, dostaniecie tu sporo smaczków, na które czekaliście od lat.

Punisher, który stracił pazury
Mam jednak jedno zastrzeżenie i nie jest małe. Castle w tym filmie został wyraźnie ugrzeczniony. Oglądałem Brand New Day świeżo po Daredevil: Born Again, gdzie Frank nie hamował się absolutnie z niczym - i ta różnica biła po oczach przez cały seans.

Rozumiem decyzję produkcyjną. Rating, franczyza, docelowa widownia. Ale to nie jest akademicki zarzut, tylko realna strata - przytępiony Punisher zmienia sposób, w jaki działa cała relacja tych dwóch postaci. Zamiast starcia dwóch nie do pogodzenia światopoglądów dostajemy coś w rodzaju sporu o metodę. Szkoda, bo Bernthal ewidentnie miał w zapasie znacznie więcej.

Ktoś w tej ekipie ogrywał gry Insomniaca. I wcale się z tym nie kryje
Siedziałem w kinie i przy którymś z kolei przelocie nad Manhattanem złapałem się na tym, że kiwam głową. Prowadzenie kamery przy hustaniu się na sieci, sposób, w jaki obraz podąża za Peterem między budynkami, to charakterystyczne wybicie się w górę na końcu łuku - to nie jest inspiracja, to jest wprost cytat z gier od Insomniac Games. Jako zatwardziały fan tamtych tytułów zobaczyłem to natychmiast.

Najmocniej widać to przy finiszerach na przeciwnikach. Te ujęcia mają dokładnie ten sam rytm i to samo kadrowanie co animacje, które ogrywałem na padzie przez dziesiątki godzin. I dobrze, bo Insomniac rozwiązał kwestię pokazywania ruchu Spider-Mana lepiej niż jakikolwiek film wcześniej. Ktoś w ekipie Crettona najwyraźniej doszedł do tego samego wniosku i nie miał kompleksów, żeby po to sięgnąć.

Tak wypełnionej sali dawno nie widziałem
Na filmy z MCU chodzę zawsze na pierwsze możliwe seanse, więc mam całkiem niezłą próbkę porównawczą z ostatnich lat. I powiem wam: dawno nie siedziałem w tak wypełnionym kinie. Ludzie wciąż chcą to oglądać razem, w jednym pomieszczeniu, i to samo w sobie mówi o tym filmie więcej niż jakakolwiek średnia z agregatów. Kudosy dla dziewczyny, która w jednym stroju zmieszała Rogue, MJ i Punk-Spidera. Sam przekrój sali też robił wrażenie - w większości były to osoby młode, ale znalazło się też paru weteranów MCU bliżej mojego wieku i jeśli nie Spider-Man, to kto lepiej połączyłby pokolenia?

Krytycy zresztą rozjechali się przy Brand New Day mocniej, niż mogłoby się wydawać po pierwszych reakcjach z premiery. Jedni piszą o najdojrzalszej i najbardziej osobistej historii Petera Parkera w tej trylogii, inni o nużącym tempie. Prawda leży gdzieś pośrodku i mocno zależy od tego, po co idziecie do kina. Ja wyszedłem zadowolony i chętnie zobaczyłbym to jeszcze raz - głównie dla scen z Sadie Sink i Markiem Ruffalo i dla tego, jak film ustawia figury pod kolejne lata MCU.

Werdykt: dobra zabawa, tylko nie dzięki Spider-Manowi
Bawiłem się świetnie i wróciłbym na drugi seans bez marudzenia. Tyle że sceny, o których gadałem po wyjściu z kina, w większości nie należały do faceta w kostiumie. Idźcie dla Bernthala, dla klimatu starych komiksów i dla tego, co ten film zapowiada na kolejne lata. Tylko nie idźcie do kina z nadzieją na kolejne No Way Home, bo się srogo zawiedziecie.

Patrząc na roadmapę Marvela na przyszłe lata - najlepsze występy Pajączka będą w nadchodzących Avengers Doomsday i Secret Wars.
Komentarze