Turtle Beach Stealth Pro II to najszykowniejszy headset jaki testowałem. Większość słuchawek gamingowych wygląda tak, jakby projektant dostał premię za każdą dodatkową diodę RGB. Kolorowe, agresywne, z plastiku, który skrzypi, zanim jeszcze wyjmiesz je z pudełka. Zakładasz takie w pociągu i czujesz na sobie wzrok współpasażerów. Nie ten dobry wzrok.

Stealth Pro II to inna historia. Egzemplarz, który miałem okazję testować, miał delikatne wykończenie w kolorze miedzianym i metalowy pałąk, który w dłoni robi wrażenie sprzętu z zupełnie innej półki. To najbardziej eleganckie słuchawki gamingowe, jakie do tej pory u mnie wylądowały. I mówię to jako ktoś, kto na słuchawki patrzy głównie od strony tego, jak brzmią, a nie jak się prezentują na półce.

Od początku czujesz się jak bogacz

Pudełko to zwykle rzecz, którą wyrzucam, zanim jeszcze podłączę sprzęt. Tutaj przez chwilę się zawahałem. Całość jest ciężka w dłoni w ten dobry sposób, tekturę otwiera się z tym miękkim oporem, który producenci drogich telefonów opanowali do perfekcji, a w środku zamiast plątaniny folii i zawijasów czeka twarde etui na zamek z wyprofilowaną pianką. Każdy element ma swoje wycięcie - słuchawki, dwa nadajniki, zapasowa bateria, odłączany mikrofon, kabel. Nic się nie obija, nic nie wypada.

Wypakowywanie zajęło mi dłużej, niż powinno, bo raz po raz odkładałem kolejny element i po prostu mu się przyglądałem. I zanim cokolwiek zagrało, wiedziałem już jedno: ktoś tu naprawdę usiadł i pomyślał, jak ma wyglądać te pierwsze pięć minut z produktem.

Metal, który udaje, że nie jest gamingowy

Ten pałąk to nie jest chwyt marketingowy. Tani plastik poprzednika ustąpił chłodnemu metalowi i cienkiemu, zawieszonemu paskowi z siateczki, który ląduje na czubku głowy. Wygląda premium. Wygląda drogo. Kosztuje, dla porządku, 1500 zł. W tej cenie oczekuje się perfekcji, ale materiał z którego wykonany jest pałąk to guma, która przyciąga do siebie mikro-włoski z kanapy i nie mogłem nic z tym zrobić.

Nie zmienia to jednak mojej oceny, bo patrząc z szerszej perspektywy, wystarczy zestawić go z konkurencją… która wciąż gloryfikuje odpustowy plastik i wszechobecne RGB, a ja osobiście uważam to za straszną wiochę. W Stealth Pro II mogę na luzie wyjść na ulicę i nie wyglądać jak piwniczak, który akurat wziął swój headset na spacer z psem wokół bloku.

Dzięki ci panie Turtle Beach za odłączany mikrofon. Nie jestem mocno imprezowym graczem i w większości headsetów ten bączek dynda mi przy twarzy zupełnie niepotrzebnie. Tutaj po prostu go nie podłączam i mam czysty, elegancki kształt, w którym mogę pokazać się na kamerce w pracy bez obciachu. Bez mikrofonu Stealth Pro II przestają krzyczeć „gracz" i to naprawdę robi różnicę, pierwszy raz od dawna nie zdejmowałem headsetu, wychodząc do kuriera i nie czułem z tego powodu lekkiego zażenowania, że prawie 40-latek wyskakuje z tęczowym RGB na uszach.

Druga rzecz to zawartość pudełka. Solidne etui na zamek z wyprofilowaną pianką w środku, dwa nadajniki i - tu robi się ciekawie - zapasowa bateria czekająca w bazie. O tym za moment, bo to jeden z najlepszych patentów w tym sprzęcie.

Dwa nadajniki i bateria, która nigdy nie pada

W zestawie dostajesz od razu dwa transmittery. Jeden siedzi w dużej bazie, która jednocześnie ładuje zapasowe ogniwo, drugi to zwykła wtyczka USB do drugiego urządzenia. U mnie baza wisi przy komputerze, a wtyczka wpięta jest w PS5 i przełączam się między nimi jednym kliknięciem. Bez parowania, bez tańca z aplikacją, bez klątw. Działa.

Co więcej, połączenie bezprzewodowe i Bluetooth chodzą jednocześnie. W praktyce wygląda to tak, że w środku sesji odbieram telefon albo puszczam coś z YouTube'a i dźwięk gry wcale nie znika - obie ścieżki płyną równolegle i żadna na tym nie traci. Drobiazg, a przyzwyczaiłem się do niego w jeden wieczór.

Bateria trzyma 40 godzin przy głośnym graniu z włączonym ANC, więc spokojnie starcza na całodniową rozgrywkę. Uważam to za wynik REWELACYJNY. A kiedy w końcu padnie, nie sięgasz po kabel. Wyciągasz baterię z lewej muszli, wsadzasz tę naładowaną z bazy i wracasz do gry. Całość zajmuje jakieś piętnaście, dwadzieścia sekund. Genialne w swojej prostocie i szczerze nie rozumiem, czemu nie robi tak każdy producent. Gdybyś kiedyś zapomniał doładować zapas, zostaje jeszcze granie na kablu USB-C - awaryjnie, ale ratuje sytuację.

Samo podłączenie? Szkoda opisywać. Kabel z bazy do komputera, włączasz słuchawki, grasz. Parowanie przez Bluetooth w aplikacji poszło od strzału, a podpowiedzi na ekranie prowadzą za rączkę. Każdy da sobie radę.

Trzy pokrętła i doktorat z obsługi

I tu przychodzi pierwsze „ale". Regulacji na samych muszlach jest cała masa - trzy osobne pokrętła głośności, przycisk ANC, przełącznik crossplay, guzik Bluetooth i przycisk zasilania, który po przytrzymaniu odpala tryb wspomagania słuchu. Doceniam, że tyle rzeczy ustawię bez zaglądania do telefonu. Ale te same przyciski reagują inaczej na wciśnięcie i na przytrzymanie, i jeśli wrócisz do słuchawek po tygodniu przerwy, to możesz naprawdę zapomnieć, co siedzi pod czym.

Pokrętło głośności też ma swój charakterek - skoki są za duże i na komputerze potrafi przeskakiwać wartości hurtem, zamiast płynnie schodzić. Mnie to aż tak nie ugryzło, bo raz ustawiony poziom rzadko ruszam, ale w pierwszych dniach kilka razy niechcący zrobiłem sobie koncert prosto do czaszki. To nie jest sprzęt, który obsłużysz w ciemno pierwszego dnia.

Domyślnie brzmi jak ze studni

Fabryczne brzmienie mnie nie kupiło. Domyślnie Stealth Pro II grają dla mnie za bardzo „studniowo" - przymulone, z basem, który zagłusza resztę. Od razu wskoczyłem w dziesięciopasmowy korektor i po krótkiej korekcie niskich oraz średnich było zdecydowanie lepiej. Warto się pobawić, bo fabryczna krzywa pcha nisko i wysoko naraz, przez co średnica gdzieś ucieka, a przy dłuższym słuchaniu muzyki potrafi kłuć w wyższych tonach. Kilka ruchów suwakami i problem znika.

Po tych paru poprawkach jakość robi się bardzo porządna. Tylko trzeba wiedzieć jedno: te słuchawki są krojone pod multiplayer. Kroki, strzały, pozycjonowanie przeciwnika - tu Stealth Pro II świecą pełnią blasku i naprawdę słychać, skąd nadlatuje ołów. Osobno chwalę bardzo niski poziom szumu własnego - ciche sekcje w grach są faktycznie ciche, bez tego syku w tle, który w tańszych headsetach potrafi mnie doprowadzić do szału. W kampaniach dla jednego gracza zostaje przyjemny bas i dobre pozycjonowanie, ale reszta jest już tylko „w porządku". Więcej czasu spędziłem dopieszczając dźwięk w AC: Black Flag Resynced niż w rundkach Valoranta i CS2, gdzie po prostu założyłem i grałem.

Do tego jeden konkret, który łatwo przeoczyć przy zakupie: licencja Dolby Atmos jest w cenie. Część producentów wspiera ten format, ale każe sobie za odblokowanie dopłacić z własnej kieszeni. Turtle Beach robi to za ciebie i uczciwie - to się liczy.

Jedna apka do wszystkiego

Aplikacja Swarm II to osobny rozdział. Nie jest specjalnie czytelna i trzeba metodą prób i błędów wyklikać, gdzie co siedzi. Za to od razu zapisuje ustawienia w samym urządzeniu, więc profil chodzi za tobą nawet po przełączeniu na konsolę - i to duży plus. Aktualizacje wpadają często i dorzucają funkcje, o które prosi społeczność, co pokazuje, że ktoś tam po drugiej stronie faktycznie słucha.

Gorzej, że sama aktualizacja firmware'u potrafi się ciągnąć w nieskończoność, a apka raz na jakiś czas lubi się zaciąć albo zwysypać przy próbie wejścia w ustawienia. U mnie obyło się bez dramatów, ale trzymaj kciuki, żeby złapała twój sprzęt za pierwszym razem.

ANC bez półśrodków

Wyciszanie działa wyśmienicie. Szum komputera, klimatyzacja, miejski hałas w tle - znika. Sama zamknięta konstrukcja tłumi zresztą tyle, że momentami zastanawiam się, ile z tej ciszy to zasługa ANC, a ile po prostu solidnie dolegających muszli. Poza domem, na wietrze, wyciszanie łapie lekką zadyszkę, ale to jedyny scenariusz, w którym je przyłapałem.

Mam jednak jeden realny zarzut, nie akademicki. Brakuje mi trybu pośredniego. Masz „ambient" i „ANC on", i tyle. Nie ma opcji, która po prostu wyłącza wyciszanie, nie dorzucając od siebie tego wzmocnienia z zewnętrznych mikrofonów. Efekt jest taki, że robi się nienaturalny pogłos i przez chwilę czujesz się, jakbyś słuchał świata przez konserwę. Z poziomu przycisku na muszli przeskoczysz tylko między ANC a trybem otoczenia, a żeby zbić wyciszanie do zera, musisz sięgnąć po aplikację. Może taka już uroda zamkniętej konstrukcji, ale przełącznik z trzecią pozycją nie zaszkodziłby nikomu.

PlayStation 5 i 3D Audio pozdrawia

Osobny smaczek czeka na posiadaczy PS5. Konsola ma własny system dźwięku przestrzennego - Tempest 3D AudioTech - i Stealth Pro II podpięte przez nadajnik USB łapią go bez żadnego kombinowania. Najlepsze jest to, że profil konfigurujesz uchem, a nie w tabelkach. Sony puszcza ci dźwięk krążący wokół głowy i każe wybrać, na której z kilku wysokości brzmi dla ciebie najnaturalniej - siadasz, zamykasz oczy i przez chwilę czujesz się, jakbyś przechodził badanie słuchu.

Efekt jest subtelny, nie licz na fajerwerki. Ale w grach, w których liczy się, czy coś dzieje się nad tobą, czy pod tobą, ta chwila zabawy z ustawieniami potrafi się zwrócić - dźwięk robi się odrobinę bardziej trójwymiarowy, a ja przynajmniej raz złapałem przeciwnika nad sobą, zanim go zobaczyłem. Ładnie uzupełnia to, co na PC załatwia Dolby Atmos.

Mikrofon, na który nie patrzę

Mikrofon w headsetach to dla mnie zwykle piąte koło u wozu. Od lat mam osobny mikser i mikrofon na XLR, żeby brzmieć jak trzeba na podcastach i w sieciowych rozgrywkach, więc bączek przy słuchawkach traktuję z obowiązku. Sprawdziłem go jednak uczciwie - odsłuch na Discordzie z poziomu PS5 i PC, nawet w środku młócki w Battlefieldzie 6. Nikt nie narzekał ani na jakość, ani na zrozumiałość słów.

Sam bączek jest odłączany i zawieszony na sprężystych ramionach, które izolują go od stukania i drgań, więc głos wychodzi czysty, bez tego typowego dla headsetów pyknięcia przy każdym ruchu. Na moje ucho: więcej niż wystarczająco, żeby odłożyć osobny sprzęt na bok, jeśli akurat nie nagrywasz podcastu.

Poniżej próbka nagrań tym mikrofonem, na której przechodzę przez cztery standardowe tryby:

Waga, która u mnie nie męczy. U innych - może już tak

I tu dochodzimy do miejsca, gdzie muszę być szczery, bo wygoda tak zależna od konstrukcji z metalowym pałąkiem i małą poduszeczką na czubku głowy to trochę loteria. Na starcie faktycznie ściągnąłem pałąk za mocno i góra głowy dostała za swoje. Po poluzowaniu przesiedziałem w nich całe, ośmiogodzinne okno pracy i - o dziwo - ciężar nie tylko nie męczył, ale był wręcz przyjemny. Pomaga tu ruchomy zawias muszli, dzięki któremu poduszki układają się płasko na uszach, no i sam materiał nauszników, który nie zamienia uszu w piekarnik po godzinie.

Bo Stealth Pro II nie są lekkie, prawie czterysta gramów robi swoje. Tyle że inne modele biją się o każdy odjęty gram i potem spadają z głowy przy pierwszym gwałtowniejszym ruchu. Tu wystarczyło parę energiczniejszych obrotów głową, żebym docenił tę masę - siedzą pewnie i nie uciekają. Uczciwie jednak dodam, że nie każda głowa zniesie to tak samo. Jeśli jesteś wrażliwy na docisk na czubku, a cienki pasek potrafi go skupić w jednym punkcie, to potraktuj to jako ostrzeżenie i koniecznie przymierz przed zakupem. U mnie zagrało. U ciebie może nie.

Na koniec

Stealth Pro II to trochę jak lustrzanka przełączona w pełny tryb manualny. Na starcie przytłoczą cię pokrętłami, przyciskami reagującymi na przytrzymanie, aplikacją, która nie tłumaczy się sama, i domyślnym brzmieniem, które trzeba okiełznać w korektorze. Przez pierwszy dzień będziesz mruczeć pod nosem.

Ale kiedy już wszystko sobie poustawiasz - profil zapisany w urządzeniu, EQ pod siebie, dwie baterie w rotacji, mikrofon odłączony - dostajesz sprzęt, który wygląda jak biżuteria, gra pod multiplayer jak trzeba i praktycznie nigdy nie pada. To nie są słuchawki dla kogoś, kto chce założyć i zapomnieć. To słuchawki dla kogoś, kto lubi mieć wszystko ustawione dokładnie po swojemu. Ja lubię. I zostają u mnie na dłużej.

Headset do testów podesłał producent. Dane techniczne znajdziemy na stronie Turtle Beach.