Opowiadanie, w którym Geralt poznaje Yennefer, zaczyna się od łowienia sumów. Zawsze to w nim lubiłem. Największa miłość w polskiej fantastyce bierze początek od dwóch facetów nad rzeką, z siecią i bez większych planów na resztę dnia.

Czytałem to w liceum, w bibliotecznym egzemplarzu z grzbietem sklejonym taśmą. Teraz przeczytałem to w kolorze.

Jaskier otwiera dzban

Kto zna książkę, zna i fabułę. W sieci ląduje zapieczętowany dzban, Jaskier oczywiście musi do niego zajrzeć, a dżinn, który z niego wylatuje, nie jest w nastroju do spełniania życzeń. Bard kończy z poważnymi obrażeniami, Geralt szuka pomocy w Rinde i trafia do Yennefer z Vengerbergu, która ma wobec dżinna własne plany. I wobec wiedźmina też.

Marcin Zwierzchowski, który na co dzień pisze dla CD Projekt RED, zna ten materiał na wylot i widać to w tym, czego nie rusza. Relacja Geralta i Yennefer jest tu tak samo niejednoznaczna jak na papierze - nikt tu nikogo nie ratuje bezinteresownie, a każda czułość ma ukrytą cenę.

Za szybko pod koniec

Początek dostaje dużo miejsca. Rzeka, dzban, Jaskier w opałach, pierwsze spotkanie z Yen. Potem fabuła się komplikuje, a komiks zaczyna biec. Finał, który u Sapkowskiego ma ciężar i wybrzmiewa, tutaj przelatuje w kilku planszach.

Sam znam opowiadanie, więc brakujące zdania dopowiedziałem sobie w głowie. Ktoś, kto sięga po Wiedźmina pierwszy raz, dostanie streszczenie najważniejszej sceny całej sagi i może nawet nie zauważyć, że była najważniejsza.

Kolory lepsze niż twarze

Guillermo Fajardo rysuje Geralta wyraziście, czasem aż za bardzo. W kilku kadrach twarz wiedźmina wygląda jak karykatura samego siebie, z grymasem przyklejonym na stałe. Yennefer wychodzi mu za to świetnie.

Prawdziwą gwiazdą jest jednak kolorysta Neeraj Menon. Codzienność Rinde podaje w przygaszonych, błotnistych barwach, a kiedy do kadru wchodzi magia, strona dosłownie się rozświetla. Przez całą lekturę bez zastanowienia wiedziałem, gdzie kończy się świat ludzi, a zaczyna sprawa czarodziejki.

Na koniec

Egmont wydał zeszyt 23 września 2026 w ramach serii Wiedźmin. Adaptacje opowiadań Andrzeja Sapkowskiego: 72 strony, miękka oprawa, 29,99 zł okładkowej. To kolejna część cyklu adaptacji, który za oceanem wydaje Dark Horse, ale żadnej wcześniejszej nie trzeba znać.

Za trzydzieści złotych dostajecie solidną, ładnie pokolorowaną wersję klasyka. Tylko po co komu ta wersja, skoro na półce stoi książka?

Choćby po to, żeby zobaczyć Rinde, które przez dwadzieścia lat istniało tylko w mojej głowie. Ten komiks jest jak ulubiona płyta w wersji radiowej - wszystkie refreny są na swoim miejscu, tylko ktoś wyciął solówki.

Werdykt

Zwierzchowski przenosi pierwsze spotkanie Geralta i Yennefer wiernie i z szacunkiem, a kolory Neeraja Menona robią z magii osobnego bohatera. Problem w tym, że im bliżej finału, tym szybciej komiks biegnie, i najważniejsza scena całej sagi przelatuje w kilku planszach. Geralt Fajardo bywa przerysowany, Yennefer za to wychodzi znakomicie. Dobra brama do Sapkowskiego dla kogoś, kto jeszcze go nie czytał, a dla starych wyjadaczy ładny, choć skrócony powrót nad tamtą rzekę.


Aktualnie na stronie Egmont.pl, tom kosztuje niecałe 21 zł.

Tom do recenzji podesłał wydawca - Egmont.pl