Na początek mały disclaimer. Największym wyzwaniem recenzowania tego komiksu była… walka z synem o dostęp do wydania!

W połowie lat dziewięćdziesiątych miałem dwa źródła wiedzy o świecie: Teleexpress i Kaczora Donalda. Z drugiego wiedziałem więcej. Gdzieś obok, w tym samym kiosku, wisiał Spider-Man, na którego zwykle brakowało mi kieszonkowego. Trzydzieści lat później obie moje dziecięce obsesje, Kaczor Donald i Marvel, siedzą przy jednym stole. I wcale się nie kłócą.

Siedem przebieranek
Pomysł jest prosty jak drut. Bierzemy postaci Disneya i wkładamy je w role bohaterów Marvela. Donald dostaje młot Thora, a w innej historii pazury Wolverine'a. Minnie zostaje Kapitan Marvel, Goofy zmienia się w Hulka, a Miki z ekipą robią za Avengersów, a potem za Fantastyczną Czwórkę. Czarny Piotruś jako Red Skull pasuje tak dobrze, że aż dziwne, że nikt wcześniej na to nie wpadł.

Za wszystkim stoją Włosi, ludzie, którzy rysują Disneya od pokoleń i mają to w palcach. Tę energię czuć na każdej stronie - kadry pękają od ruchu, a w tłach siedzi tyle mrugnięć do fanów Marvela, że przy drugim czytaniu z synem, znalazłem kolejne smaczki.
Donald zawsze był Wolverine'em
Najlepsze historie to te, w których charakter postaci Disneya zmienia historię Marvela. Donald jako Wolverine to strzał w dziesiątkę, bo ten kaczor od dziewięćdziesięciu lat chodzi wściekły na cały świat i brakowało mu tylko pazurów. Nagle wszystkie jego napady furii mają sens.

Najsłabiej wypada, paradoksalnie, Donald jako Thor. Tu ktoś po prostu wkleił kaczora w znaną historię o Asgardzie i niewiele z tym zrobił, a gag z Hipkiem Gęsiorem w roli Lokiego to raczej uśmiech niż śmiech.
Wydanie
Te historie ukazywały się już w Gigancie Poleca, ale tutaj dostają twardą oprawę, kredowy papier i większy format. Różnica jest duża. Kolory nabierają głębi, a rysunki Lorenzo Pastrovicchio wreszcie mają miejsce, żeby oddychać. Do tego galeria alternatywnych okładek, wywiady i przedmowa Marco M. Lupoiego.

Lepiej w dawkach
Jedna rzecz, o której trzeba wiedzieć: przeczytane jednym ciągiem te historie zaczynają się zlewać. Schemat jest za każdym razem podobny - origin, przebranie, złoczyńca z Kaczogrodu w marvelowskim kostiumie, wielka bijatyka na koniec. Jedna historia wieczorem smakuje dużo lepiej niż cztery naraz.

Humor działa za to na dwóch poziomach, więc ten tom może spokojnie krążyć po domu między dziećmi i dorosłymi. Każdy wyłapie coś innego. Nie da się ukryć, że ta kolekcja to świetne wprowadzenie w świat Marvela dla najmłodszych, a kwestią czasu będzie, kiedy zapytają o coś w podobnych klimatach. Na szczęście w domu mam już niemałą kolekcję i będzie co polecać :)
Czy warto?
Włoscy twórcy wkładają postaci Disneya w kostiumy Marvela z taką energią i takim wyczuciem, że Donald z pazurami Wolverine'a wydaje się czymś, co powinno istnieć od zawsze. Wydanie zbiorcze wreszcie daje tym rysunkom format, na jaki zasługują. Czytane ciągiem historie zlewają się w jeden schemat, a Thor w wykonaniu kaczora wypada blado. Najlepszy prezent dla domu, w którym jedno pokolenie zna Kaczogród, a drugie Avengersów.
Ostatecznie uważam, że jeśli macie dzieci w wieku szkolnym, które wykazują zainteresowanie Disneyem [lub stricte Gigantami lub Kaczorem Donaldem], a do tego nie uciekają na widok Marvela, to „A gdyby…" jest dobrym punktem wejścia w temat superbohaterski. Mój 7-latek jest wniebowzięty.

Egmont wydał album 23 września 2026: siedem historii z serii What If…?, 240 stron, format B5, twarda oprawa, 89,99 zł okładkowej, tłumaczenie Jacka Drewnowskiego. Scenariusze i rysunki to m.in. Luca Barbieri, Riccardo Secchi, Giada Perissinotto i Lorenzo Pastrovicchio.
Aktualnie na stronie Egmont.pl, tom kosztuje niecałe 63 zł.
Tom do recenzji podesłał wydawca - Egmont.pl
Komentarze