Ile razy można lepić dziecko z gliny?
Origin Wonder Woman zna każdy, kto choć raz otarł się o komiksy DC. Rajska wyspa, siostry, królowa, która lepi córkę z gliny, a bogowie dorzucają resztę. Opowiadano to tyle razy, że mógłbym to wyrecytować obudzony w środku nocy. Kelly Thompson zabrała z tej historii prawie wszystko. Diana trafia jako niemowlę na wygnanie do Piekła, a wychowuje ją Kirke - czarodziejka, która w innych wersjach przeważnie stoi po drugiej stronie barykady.


Zaczyna się ostro, od świata, w którym samo słowo „Amazonka" jest zakazane. Dorosła Diana wychodzi na powierzchnię z mieczem wykutym w Piekle, latającym koniem, który bardziej przypomina szkielet niż Pegaza z bajek, i magią, której nauczyła się od przybranej matki. Mimo tego wszystkiego rozpoznałem w niej Wonder Woman od pierwszych stron. Wysoka, nieustraszona, z głową pełną mitów. Trochę jak stary znajomy, który wrócił z długiego wyjazdu z tatuażem na pół ręki.
Matka z Piekła rodem
Najlepsza rzecz w tym albumie to relacja Diany i Kirke. Thompson opowiada ją we wspomnieniach wplecionych w bieżącą akcję i robi to tak zgrabnie, że retrospekcje podkręcają walkę, zamiast ją hamować. Jest tam sekwencja paneli, w której dziewczynka dorasta rok po roku, a razem z nią zmienia się dom, w którym mieszkają. Jest też mała Diana, która karci zionącą ogniem jaszczurkę jak psa, który nasikał na dywan. Kirke miała być opiekunką z przymusu, a wychodzi z niej matka z prawdziwego zdarzenia.

Mam dwójkę dzieci, więc pewnie jestem na takie sceny bardziej podatny, niż chciałbym przyznać. Jedno mi jednak zgrzytało. Kirke mówi miejscami jak ktoś z naszych czasów, a wokół niej wszyscy brzmią jak z greckiego eposu. Drobiazg, ale przy czytaniu co jakiś czas wraca.
Dobroć, która ma swoją cenę
Diana z tego komiksu wyrosła w najgorszym możliwym miejscu, a i tak przede wszystkim chce chronić. Kiedy nad Gateway City zawisa odwrócona piramida i wysypują się z niej potwory, patrzy najpierw na ludzi na ulicy, a dopiero potem na przeciwnika. W kulminacji pierwszej historii ratuje miasto w sposób, którego się nie spodziewałem i który sporo ją kosztuje. Nie zdradzę, jak to robi.

Magia też nie jest tu za darmo. Każde zaklęcie wymaga przygotowania i czegoś w zamian, a lasso nie działa tak, jak przywykliście. Lubię, kiedy moc przychodzi z rachunkiem do zapłacenia. Bywały jednak momenty, w których czarodziejskie rozwiązanie spadało z nieba zbyt wygodnie i napięcie uciekało jak powietrze z przebitej dętki. Najbardziej przy finale walki z Tetracide, bo jeden zeszyt sugeruje konkretne zakończenie, a następny po cichu je odkręca.
Rysunki Haydena Shermana
Sherman rysuje szorstko i kanciasto, trochę jak na okładkach metalowych płyt z lat dziewięćdziesiątych. Potwory są wykrzywione, ale rozpoznawalne, a Tetracide przez kilka zeszytów pozostaje porządnym, lovecraftowskim koszmarem. Do tego nietypowe kadrowanie: okrągłe panele, wstawki w wstawkach i plansze, które rozlewają się po stronie, zamiast trzymać się siatki. Bogowie wyglądają, jakby zeszli z greckiej wazy i po drodze wpadli w złe towarzystwo.

Kolory Jordie Bellaire spinają to w całość. Czerwień zmienia znaczenie zależnie od sceny, a przy ostatnim potworze paleta skręca w zieleń i od razu czuć, że coś się zmieniło. Nie będę udawał, że wszystko gra. Kreska Shermana bywa niepewna, a w scenach z tłumem trudno czasem połapać się, kto gdzie stoi i kto w kogo leci. Niektóre sceny w Piekle są też zwyczajnie za ciemne. Rozumiem, że to Piekło, ale wolałbym coś na tych planszach widzieć.
Zmiana warty w Zaświatach
Dwa ostatnie zeszyty rysuje Mattia De Iulis i widać to od pierwszej strony. Jego plansze są malarskie, gładkie, prawie trójwymiarowe, a jego Persefona to jeden z najładniejszych projektów w całym albumie. Tyle że po pięciu zeszytach rozedrganego Shermana czuje się to jak przesiadka z rozklekotanego motocykla do limuzyny. Jest wygodnie i elegancko, ale gdzieś po drodze ginie energia, a pozy zaczynają przypominać sesję zdjęciową.

Historia w Zaświatach to dla mnie najsłabszy kawałek tomu. Hades przetrzymuje Kirke, Diana musi wybierać, w grę wchodzą ziarno granatu i stare greckie sztuczki, a całość robi się bardziej zawiła, niż potrzeba. Samo rozwiązanie przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Za to jednostronicowe obrazki z małą Dianą, rysowane przez Dustina Nguyena na końcu albumu, są tak urocze, że prawie wybaczyłem mu poprzednie strony.
Werdykt
Zanim przejdę do werdyktu, jeszcze jedna rzecz mnie uwierała. Potwory z piramidy są dość anonimowe i do końca tomu nie wiadomo, czego właściwie chcą, a sporo kluczowych spraw, jak przewiny Amazonek czy wygnanie Kirke, zostaje na razie w sferze domysłów. Album wydał Egmont 23 września 2026 roku, w twardej oprawie, w serii DC All In Absolute. W środku jest siedem pierwszych amerykańskich zeszytów w przekładzie Pauliny Waleni, a cena okładkowa to 89,99 zł. Komiks był nominowany do Nagrody Hugo, a seria zdobyła Eisnery za najlepszą nową serię i za kolory.

Absolute Wonder Woman to dla mnie cover starego klasyka w wykonaniu zespołu, który wychował się na metalu. Melodia jest ta sama, tekst prawie ten sam, tylko gitary rzężą, a perkusista gra odrobinę za szybko. Kanciasta kreska nie każdemu podejdzie, podobnie jak tom, który kończy się w połowie zdania. Kto chce klasycznej Diany z Temiskiry, ten jej tutaj nie znajdzie, i album wcale nie próbuje jej zastąpić. Jeśli jednak macie ochotę zobaczyć znaną bohaterkę w zupełnie nowym miejscu i nie przeszkadza Wam trochę brudu na planszach, to bierzcie. Na drugi tom czekam.
Aktualnie na stronie Egmont.pl, tom kosztuje niecałe 63 zł.
Tom do recenzji podesłał wydawca - Egmont.pl
Komentarze