Mam w domu szufladę, w której leży sześć myszek. Każda była kiedyś „tą właściwą" i każda tam wylądowała, bo po dwóch miesiącach wychodziło, że coś zgrzyta. Rolka, kształt, czas pracy, wieczny wybór między kablem a wygodą. Z Rival Pro Mini wyszło inaczej: po tygodniu złapałem się na tym, że nie przeglądam sklepów w poszukiwaniu następnej. U mnie to zjawisko rzadkie. I nie chodzi ani o wagę, ani o sensor, choć o nich też będzie. Chodzi o dwie opcje schowane w ustawieniach, o których istnieniu nie miałem pojęcia.

Przez dwadzieścia lat trzymałem myszkę krzywo

Pamiętam to jeszcze z Painta. Rysowałem linię w poziomie, puszczałem przycisk i linia szła pod górkę. Zawsze w tę samą stronę. Uznałem, że mam nierówną rękę i tyle. Potem przyszły strzelanki i problem wrócił w innym przebraniu: przeciągnięcie celownika na boki kończyło się pół głowy wyżej, niż się zaczynało. Obwiniałem podkładkę, potem sensor, najczęściej siebie. Okazuje się, że przez całe życie trzymałem myszkę przekręconą o kilka stopni w lewo, bo tak układa mi się nadgarstek przy klawiaturze postawionej ukosem. Ruch, który dla mojej ręki był idealnie poziomy, dla sensora był ruchem po skosie. I sensor wiernie ten skos odwzorowywał, bo do tego został zbudowany.

W sofcie siedzi suwak, który obraca układ współrzędnych sensora pod kąt, w jakim faktycznie trzymasz mysz. Podajesz, ile stopni, i od tej chwili poziom na podkładce jest poziomem na ekranie. Dla człowieka liczącego milisekundy to pewnie ciekawostka. U mnie po pół godziny zniknęły mikrokorekty w górę, których wcześniej w ogóle nie rejestrowałem, bo weszły mi w nawyk tak głęboko, że uznałem je za część celowania. Jeśli kiedykolwiek miałeś poczucie, że twój flick systematycznie ucieka w jedną stronę, odpuść trening. Sprawdź kąt. Pięć minut w menu zrobiło mi tu więcej niż miesiąc na strzelnicy, co jest zarazem najtańszą i najbardziej upokarzającą lekcją, jaką dostałem od peryferium.

Automat, który robił screeny, kiedy ja walczyłem o życie

Druga rzecz jest czysto zawodowa. Przy recenzji gry trzeba mieć materiał, a najlepsze kadry zdarzają się dokładnie wtedy, kiedy nie masz wolnego palca: w środku walki z bossem, w pościgu, w scenie, która trwa trzy sekundy i nie wróci. Przez lata wyglądało to tak, że albo traciłem kadr, albo traciłem walkę. Teraz odpalam grę, wciskam jeden przycisk i zapominam o temacie, bo komputer sam łapie zrzut co jakiś, z góry ustalony czas. Przez całą sesję. Obejście jest proste - wrzuciłem na ten przycisk ten sam skrót, którego musiałem ręcznie używać do robienia zrzutów w Nvidia Shadowplay.

Po pierwszym wieczorze miałem kilkaset plików, z czego kilkanaście to kadry, których sam nigdy bym nie zrobił, bo byłem wtedy zajęty nieumieraniem. Swoje ujęcia dalej robię ręcznie, nikt lepiej ode mnie nie wie, co ma trafić do tekstu. Automat dołożył do tego coś innego: dynamikę, której przy ręcznym pstrykaniu nie da się złapać, bo w momencie wciskania przycisku akcja wygląda już inaczej. Wielokrotnie łapałem się na tym, że mam super screenshoty, ale brakuje mi jakiegoś z walki, albo z menu, albo z jeszcze czegoś innego - teraz przeglądam galerię z 2-3 godzin grania i na 100% gdzieś trafi się zrzut z tego, co potrzebuję.

Dwie baterie zamiast kabla wstydu

To rozwiązanie znam ze słuchawek bezprzewodowych i zawsze uważałem je za jedną z najmądrzejszych rzeczy w peryferiach. Tutaj działa identycznie. W zestawie są dwa akumulatory w formie krążków, jeden siedzi w myszce, drugi ładuje się w bazie. Pierwszy pada, wyciągasz go, wkładasz drugi, grasz dalej. Cała operacja zajmuje mniej czasu niż podniesienie kubka z herbatą, a mysz odpala się szybciej, zanim zdążysz położyć rękę na podkładce. Realna korzyść jest taka, że znika sytuacja, w której w połowie wieczoru podłączasz kabel i dalej grasz na czymś, co po stronie dłoni waży o połowę więcej, bo ciągnie je przewód.

Producent mówi o nieskończonej baterii i tym razem nie jest to zupełnie puste gadanie, bo przy rotacji dwóch krążków nie ma momentu, w którym sprzęt jest niedostępny. Jeden wytrzymuje około szesnastu godzin przy pełnym odpytywaniu i do sześćdziesięciu, jeśli zjedziesz na tysiąc herców. Pełne naładowanie drugiego to jakieś trzy godziny, więc przy jakimkolwiek rytmie pracy po prostu przestajesz o tym myśleć. Przez tydzień nie zajrzałem do wskaźnika baterii ani razu.

Waga i kształt

Czterdzieści dziewięć gramów na papierze nie mówi nic. Pierwsze pół godziny czujesz, że trzymasz pustą skorupę, i mimowolnie przyciskasz mocniej, bo mózg nie wierzy, że tak lekka rzecz może być precyzyjna. Potem przychodzi przyzwyczajenie i zostaje to, o co w tym chodzi: ręka przestaje pracować nad przenoszeniem myszki i zajmuje się wyłącznie celowaniem. Pod koniec długiej sesji nadgarstek jest wyraźnie mniej zmęczony i czuję to jeszcze następnego dnia.

Do recenzji trafiła mi się mysz z dopiskiem Mini. Za wysoka na granie samymi palcami, za niska pod pełną dłoń przyklejoną do obudowy. Profil jest asymetryczny, prawy bok podcięty pod kciuk, lewy łagodnie opadający. Przy moich dłoniach, a mam je dosyć duże, chwyt pazurkowy siada idealnie. Matowa obudowa trzyma palce na miejscu, w zestawie leżą jeszcze taśmy na boki, gdybyś chciał więcej pewności. Mnie wystarczyło samo tworzywo. Chociaż w czerni widać na nim absolutnie każdy odcisk, ale do tego jeszcze wrócę.

Co naprawdę daje łączność bez pasma 2,4 GHz

Producent sypie liczbami o dwudziestokrotnym pasmie łączności i człowiek nie wie, co z tym zrobić. Sprowadza się to do jednego: mysz nie gada z komputerem w tym samym zakresie, w którym gada twoja klawiatura, słuchawki, telefon, router i czajnik sąsiada. Pasmo 2,4 GHz jest dzisiaj zatłoczone jak A4 do Katowic w piątek po południu. Przeniesienie myszki wyżej oznacza koniec tych ułamkowych przycięć kursora, których nikt nigdy nie umiał zdiagnozować i które wszyscy zrzucali na grę.

Przez tydzień nie złapałem ani jednego zaniku, nawet przy bezprzewodowej klawiaturze, słuchawkach i dwóch telefonach obok. Jest jednak druga strona medalu. Zasięg jest krótki, więc baza musi stać na biurku, a nie z tyłu obudowy pod nogami. Planujesz grać z kanapy trzy metry od peceta? Może być problem. Do tego dongle podróżny, ten taki mały odbiornik na USB do laptopa, jest osobnym zakupem, co przy tej cenie sprzętu wygląda po prostu nieelegancko.

Osiem tysięcy herców, czyli komu to potrzebne

Mysz odpytuje komputer osiem tysięcy razy na sekundę i ma jeszcze tryb, w którym dorzuca jedną paczkę na każde osiem, żeby ta wartość nie spadła poniżej założonej. Konkurs na największy słupek w tabelce? Częściowo tak. Różnicę między tysiącem a ośmioma tysiącami wyczujesz na pewno w jednym miejscu: przy wolnych, precyzyjnych ruchach kursor przestaje się sklejać w drobne skoki i jedzie gładko. W strzelankach na wysokim poziomie to kwestia opóźnienia i celności. Przy pracy z obrazem albo montażu po prostu komfort.

Rozsądne jest to, że te wartości można rozdzielić. Częstotliwość odczytu z sensora ustawiasz osobno od częstotliwości raportowania klików. Profile przełączasz przyciskiem na bazie, która świeci innym kolorem dla każdego z nich. Przyznam szczerze, że zawsze ustawiam jeden zakres i tak już zostaje, ale wiem, że są osoby, które chcą innego zachowania kursora podczas pracy, a inaczej podczas grania - ba, w zależności czy to strzelanka czy strategia - też wolą inne ustawienia.

Sensor, którego nie wykorzystasz i to jest dobra wiadomość

42 tysiące DPI. Nie znam nikogo, kto grałby wyżej niż na trzech tysiącach, a sam siedzę na ośmiuset. Ta liczba jest w tabelce, bo tabelki się porównuje. Korzyść z sensora tej klasy leży gdzie indziej: on się nie myli przy szarpnięciach, których tańsze konstrukcje nie nadążają policzyć. Przy gwałtownym przeciągnięciu całej ręki po podkładce słabszy sensor traci orientację i celownik ląduje w losowym miejscu. Tutaj ląduje tam, gdzie go rzuciłeś, i robi to za każdym razem.

Do tego dochodzą drobiazgi, które docenisz po tygodniu. Czułością można zejść do absurdalnie niskich wartości, co ma sens przy precyzyjnym zaznaczaniu. Można ustawić wysokość odcięcia, czyli moment, w którym mysz przestaje czytać ruch po podniesieniu, i przy niskiej czułości z częstym przekładaniem ręki to ratuje życie. Jest też korekta linii prostych, którą radzę od razu wyłączyć, bo mysz zaczyna wtedy zgadywać twoje intencje. Ustawiłem raz i nie wracałem.

Switche i rolka

Przyciski są optyczne, deklarowane na sto milionów klików, z czasem reakcji podawanym w setnych milisekundy. Klikają równo, cicho, bez tej gumowej miękkości, którą miewają tańsze konstrukcje. Lewy i prawy mają krótki skok i wyraźny moment zadziałania, więc szybkie serie wychodzą czysto. Jeśli przywykłeś do głośnego, mechanicznego trzasku, na początku może ci brakować charakteru, bo te są bardziej techniczne niż satysfakcjonujące.

Rolka jest najsłabszym elementem całej myszki i nie zamierzam tego owijać w bawełnę. Została mechaniczna, kroki są miękko wyczuwalne, przy szybkim przewijaniu łatwo przeskoczyć o jedną pozycję za daleko. Przy zmianie broni w strzelance to wystarczy, żeby zakląć. Przy wszystkim, co zrobiono tu z sensorem i łącznością, rolka wygląda na element, o którym przypomniano sobie na końcu. Działa poprawnie i nie psuje całości, ale to jedyna część tej myszki, której nie chwalę.

Software, który wreszcie nie przeszkadza

Program SteelSeries GG [a dawniej Engine] przez lata potrafił zjadać więcej pamięci niż niektóre gry. Tym razem wygląda to lepiej, a co istotniejsze, większość sensownych rzeczy ustawisz też w przeglądarce, bez instalowania czegokolwiek. Dla kogoś, kto gra na kilku komputerach albo zwyczajnie nie chce kolejnej aplikacji w autostarcie, sama ta możliwość jest warta więcej niż połowa funkcji z listy.

Z rzeczy, które włączyłem i zostawiłem: profile przypisane do konkretnych gier, żeby czułość zmieniała się sama, oraz konwerter czułości przeliczający ustawienia z jednej gry na drugą. To drugie wygląda na zabawkę, a oszczędza godzinę zgadywania, jeśli przesiadasz się między dwiema strzelankami, które inaczej liczą czułość. Jest też wbudowany trenażer celowania, z którego skorzystałem dokładnie dwa razy, oba w dniu konfiguracji sprzętu. Reszta to standard: makra, przypisania przycisków, krzywe przyspieszenia.

Czego mi zabrakło

Nie ma gniazda w myszce. Żadnego. Nie istnieje więc scenariusz awaryjny, w którym podłączasz kabel, bo zapomniałeś naładować drugą baterię, a za dwadzieścia minut masz grać. Przy dwóch bateriach ryzyko jest teoretyczne, tylko że „teoretyczne" i „zerowe" to dwie różne rzeczy, a ja wolę mieć wyjście awaryjne. Doszedł do tego drugi zgrzyt. Przycisk zmiany czułości i wyłącznik wylądowały na spodzie. Logikę rozumiem, nikt ich przypadkiem nie trąci, ale zmiana czułości w locie wymaga teraz podniesienia myszki i obrócenia jej w dłoni.

Baza zajmuje na biurku więcej miejsca, niż się spodziewałem. Podświetlenia nie ma, dla mnie plus, dla części ludzi kupujących sprzęt w tej cenie minus. Czarna wersja zbiera odciski palców tak skutecznie, że przed zdjęciami do tekstu musiałem ją najpierw przetrzeć szmatką, a i tak widać każdy pyłek kurzu. Gdybym kupował drugi raz, wziąłbym biel.

Ile to kosztuje

Ciekawa sytuacja, bo wersja normalna i mini kosztują dokładnie tyle samo - 799 zł. W zestawie mysz, baza z miejscem na drugą baterię, kabel, zapasowe ślizgacze i taśmy na boki. Gwarancja dwa lata. Wymiary mini to niespełna dwanaście centymetrów długości i trzy i pół wysokości przy wadze czterdziestu dziewięciu gramów.

Osiemset złotych za myszkę to kwota, przy której normalny człowiek pyta, czy ja zwariowałem. Odpowiadam uczciwie: jeśli grasz dwie godziny w tygodniu w strategie, to zwariowałem i nie ma o czym gadać. Przy ośmiu godzinach dziennie przed monitorem, z czego część zawodowo, rachunek wygląda inaczej. Policzyłem, że dwie myszki ze średniej półki wymieniane co półtora roku kosztowały mnie w sumie więcej, a żadna nie naprawiła mi kąta trzymania ręki ani nie zrobiła za mnie screenów z walki, bez dodatkowego oprogramowania. Jasne, pewnie da się przysiąść i to zrobić w dwie godziny bez tej myszki, ale ja na starość cenię wygodę.

Werdykt

Rival Pro Mini to pierwsza myszka od bardzo dawna, po której nie szukam niczego innego, i nie ma to związku z cyferkami w tabelce, bo te dawno przestały cokolwiek znaczyć. Dwie funkcje schowane w ustawieniach rozwiązały mi dwa problemy, z którymi żyłem tak długo, że przestałem je uważać za problemy. Korekta kąta sensora naprawiła celowanie w sposób, którego nie dałby żaden trening. Automatyczne zrzuty ekranu zmieniły mi sposób pracy nad recenzjami. Doszła do tego lekkość, przy której ręka zajmuje się wyłącznie celowaniem, stabilne połączenie i koniec tematu ładowania. Rolka jest przeciętna, brak gniazda w obudowie uważam za błąd, czarna obudowa to magnes na odciski. Żadna z tych rzeczy nie przeważa nad resztą.