Szukając pretekstu do wyjścia z domu, postanowiłam wybrać się na premierę najnowszej części Igrzysk Śmierci: Kosogłos część 1. Patrząc na poprzednie części i gatunek filmu, byłam nastawiona na zwartą akcję, dobre efekty specjalne i całkiem niezły soundtrack. Niestety, zamiast wyjść z kina naładowana energią przepełnionego akcją filmu, miałam zafundowany dramat, który można streścić w jednym zdaniu: „Ja chcę Peetę!” wypowiadanym przez główną bohaterkę co paręnaście minut. Oglądając poprzednie części widziałam kino akcji, które poprzeplatane dobrymi efektami zachęcało swoją historią do śledzenia dalszych losów Katniss Everdeen, niestety w tej części tego zabrakło.

Film przedstawia kolejne losy głównych bohaterów, którzy postanowili obalić panowanie tyrana, prezydenta Snowa i na zawsze znieść Głodowe Igrzyska, które są jedynie wzajemnym zabijaniem się dla uciechy najbogatszych, wpływowych i zepsutych ludzi mieszkających w Kapitolu.

Oglądając zwiastun wczuwacie się w przedstawianą akcję i chcecie zobaczyć co więcej dzieje się w pełnej wersji filmu, by razem z bohaterami przeżywać skrajne emocje? No to już to przeżyliście. Zwiastun pokazuje wszystko co ten film ma do zaoferowania. To co widzieliśmy podczas kampanii promocyjnej w telewizji czy w internecie, to szybkie pokazanie WSZYSTKICH ciekawych scen w filmie i jedynej sceny, gdzie główna bohaterka popisuje się swoimi umiejętnościami strzeleckimi.

„Uwolnisz Peetę jak najszybciej, albo poszukasz sobie innego Kosogłosa!” – to zdanie wypowiadane przez Katniss chyba najbardziej przypomina nam tę waleczną dziewczynę z poprzednich części, która mimowolnie została symbolem buntu – kosogłosem. W filmie możemy policzyć sceny akcji na palcach jednej ręki. Tak naprawdę tylko jedna z nich zaciekawiła mnie na tyle, aby nie myśleć o tym, czy zjeść teraz popcorn czy wziąć łyk napoju. Pozostała część filmu jest utrzymywana w tonacji ponurego dramatu tytułowego kosogłosa i próby utrzymania przy życiu pozostałych ocalałych z dystryktów okalających Kapitol.

531376_1.1

Dzielenie ostatniej części na „A” i „B” to już  niestety coraz częstszy zabieg wielkich wytwórni filmowych, aby wyciągnąć z widza dwa razy więcej pieniędzy.  Bo przecież widz nie może iść tylko na jedną, całkowitą i kompletną część danej historii. Jeszcze się nie spotkałam ze zdaniami, aby ten zabieg osiągnął dobry skutek – czyli zadowolenie widza.

Dla przykładu, nawet ja, będąca wielką fanką dzieła J.R.R. Tolkiena „Hobbit, czyli tam i z powrotem” i która oczekiwała jednego porywającego jak książka hitu kinowego, nie byłam w stanie przebrnąć przez pierwsze 30 minut drugiej części filmowej adaptacji.

Jestem rozczarowana, że żądza pieniądza przysłania cel, jaki powinien przyświecać twórcom: aby film był odzwierciedleniem książki i co za tym idzie przełożył się na dobry humor widza po wyjściu z kina. Tak czy inaczej myślę, że za rok ponownie wybiorę się do kina na finalny „odcinek” Igrzysk, mając w sercu nadzieję, że dramaturgia i zanudzenia widza w pierwszej części były tylko przystankiem, aby „zbombardować” mnie emocjami na właściwym finale i spowodować abym krzyczała „Chcę więcej!”