W dzisiejszym świecie, z łatwo dostępnym internetem i komputerem w prawie każdym domu, wystarczy trochę samozaparcia by napisać własną recenzję filmu, gry, sztuki teatralnej, książki, sznurówki, tabletki lub szczotki dla kota. Każdy, kto w życiu napisał co najmniej jedną recenzję i wystawił ją na widok publiczny, na pewno wpadł od czasu do czasu zerknąć na komentarze.

Poniżej zebrałem te, które mnie osobiście najbardziej rozbawiły, zdenerwowały, zszokowały lub spowodowały, że straciłem wiarę w inteligentnego użytkownika serwisu. Przykłady odnoszą się głównie do branży gier wideo i recenzji tegoż medium, jednak w miarę potrzeb i przy odrobinie chęci, można je przełożyć również na inne przypadki. Pogrubiłem przykłady takich komentarzy, pod spodem odnoszę się do zarzutu. Enjoy.

Czy recenzent ukończył grę?

Nie, zobaczył całość na YouTube w 1080p, a więc to mniej więcej to samo co granie, prawda?

Czy recenzent miał do czynienia z poprzednimi odsłonami serii?

Jeśli tak – jest debilem bo dał za dużo/za mało. Jeśli nie – jest debilem, bo dał za dużo/za mało, a nawet nie wiedział w co gra i jaki wpływ na całą serię ma ta odsłona.

Czy recenzent w ogóle lubi ten gatunek gier?

Jeśli tak – pewnie nie umie grać. Jeśli nie – po kiego grzyba brał się za recenzję. PS. Czasami recenzję zleca naczelny i nie ma, że boli.

Ile zapłacili za tak wysoką ocenę?

Uwielbiam ten mit, który jest powtarzany pod każdą recenzją z wysoką oceną – chciałbym, żeby była to prawda, to może nie rozbijałbym się po mieście Toyotą, a np. Mercedesem.

Dlaczego ocena x/10?

Bo nie x-1/10 lub x+1/10. Subiektywna ocena autora, którą powinien poprzeć argumentami w tekście.

Ta recenzja jest nieobiektywna!

Mój ulubiony komentarz, który zaprzecza definicji recenzji, jako subiektywnej ocenie danego dzieła, produktu lub usługi.

Baliście się dać mniej, żeby nie dostawać więcej promek?

Nie wiem skąd takie przekonanie, że po otrzymaniu gry do recenzji, należy jej wystawić laurkę, ołtarzyk i modlić się do dystrybutora w podzięce za kawałek plastiku. Może tak robią małe serwisy, amatorskie blogi, ludzie, którzy nigdy nie powinni brać się za recenzje lub [i niestety kumaci obserwatorzy to widzą, a widzowie nie zawsze] gwiazdki kanałów na YouTube i Twitch, którzy swoje filmy traktują jak reklamę produktu i każą sobie płacić za promocję niektórych gier.

Pół biedy, jeśli powiedzą, że grę otrzymali lub materiał jest sponsorowany. Gorzej, kiedy ten fakt ukrywają, a reklamują i zbierają grube hajsy. Zresztą przykład YT i Twitcha to jeden z wielu, bo zdarzało się znajdować takie teksty na pomniejszych portalach internetowych, które np. otrzymały pierwszą promkę z dodatkową koszulką dla recenzenta i były w stanie dosłownie „ozłocić” grę.

Wersja recenzencka to promocja produktu, więc to w gestii wydawcy/producenta jest, by media pisały o ich grze, by robił się szum, by było głośno i by ludzie byli świadomi marki, jaką dany produkt reprezentuje.

A gdzie minus za brak polskiej wersji językowej?

To kwestia mocno subiektywna, ale jako osoba mająca kontakt z językiem angielskim na co dzień, nigdy nie narzekałem, jeśli gra nie była po polsku. Pamiętam czasy PSX’a [a nie PS One, jak niektórzy mi próbują wmówić, że tak właśnie nazywało się pierwsze PlayStation], gdzie grając w Final Fantasy VII miało się non-stop słownik na kolanach i tłumaczyło co trudniejsze słowa. Dzięki grom właśnie, dzisiaj mogę się poszczycić ukończonymi studiami na filologii angielskiej w biznesie. Miałem zdecydowanie łatwiej niż reszta, która nie ćwiczyła języka i nie znała tak dobrze słownictwa. Dziecko szybko zapamiętuje takie rzeczy, więc już na starcie nabijałem bonusowe punkty.

Jak to gówno dostało 9/10, tyle samo ile tytuł xxx.

Takie zdania najczęściej pojawiają się pod recenzjami gier niezależnych, czyli popularnych indyków. Może ja jestem dziwny, ale inaczej patrzę na grę AAA sygnowaną znanymi nazwiskami i posiadającą budżet większy, niż niejedno państwo na świecie, z czego połowa idzie na marketing, a inaczej na grę robioną w piwnicy za własną kasę czwórki przyjaciół.

Nie można również tak samo oceniać gry wyścigowej, bijatyki i erpega. Również podgatunki ciężko oceniać identycznie – inne kryteria stosowałbym do Skyrima z otwartym światem, a inne dla turowego erpega od Square-Enix. Do każdego tytułu trzeba podejść indywidualnie i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy sprawia frajdę podczas grania – bo chyba o to w tym wszystkich chodzi prawda?

Już najbardziej rozłożył mnie na łopatki typ, który pod recenzją Kijka Prawdy, który jako produkt na licencji i dobry erpeg otrzymał ode mnie wysoką notę, zostałem zmieszany z błotem i zapytany, dlaczego gra otrzymała w tym serwisie taką samą ocenę jak GTA V – oczywiście recenzji GTA V nie pisałem ja, jest to zupełnie inny gatunek.

Minusy z dupy…

…a plusy z opozycji!

Nie grałem, ale…

…nie czytam. Zagraj, choćby u znajomego, wtedy się wypowiedz. Ciężko dyskutuje się z kimś, kto gry na oczy nie widział albo sugeruje się wyłącznie screenami i zwiastunami.

Nie płacisz za gry, więc nie wiesz jak ciężko jest wydać 200 zł za jedną.

To, że otrzymujemy gry do recenzji od dystrybutora, nie znaczy, że nie kupujemy innych. Nie każdy w redakcji dostaje każdą grę. Jeśli kolega recenzuje grę X, a ja również chcę w nią zagrać – kupuję sam. Co ciekawe – w miesiącu kiedy padło to oskarżenie, wydałem lekką ręką 350 zł na kolekcjonerkę Diablo III :D

Wiedziałem, że będzie wysoko, przecież był na pokazie

To już tłumaczyłem w osobnym tekście, który można znaleźć na moim blogu.

To ile posmarował wydawca/konkurencja?

Nie wiem, nie jadamy razem śniadań.

Recenzent się nie zna – na metacritic jest…

Odpowiem najbrutalniej jak mogę – w dupie mam metacritic. O tym jak spaczona jest ta platforma, niech świadczą liczne dowody na „czarny PR”, kiedy konkurencja lub  fani przeciwnej serii wlepiają najniższe możliwe oceny, najczęściej bez żadnego uzasadnienia. Traktuję ten serwis jako agregat recenzji branżowych, gdzie zamiast szukać recenzji na wielu stronach naraz, mam wszystko w jednym miejscu. Recenzje użytkowników pomijam, bo większość z nich to niestety mało miarodajne i nic nie wnoszące opinie.

Wy (recenzenci) naprawdę chyba odpisujecie oceny z metacritic

Oczywiście, bo przecież łatwiej wziąć cyferkę z metacritic, a następnie napisać 10-20 tysięcy znaków, by uargumentować dlaczego właśnie taka, a nie inna ocena.

Słaba sprzedaż? VGChartz pokazuje xxx sprzedanych sztuk!

VGChartz to również, podobnie jak w przypadku metacritic, mało miarodajny serwis. Nie dość, że podają niepełne dane, pomijają cyfrowe wydania gier i często zaniżają sprzedaż, to wystarczy, że właściciel sklepu napisze, że sprzedał X kopii, a oni doliczają to do swojego wyniku.

A na IGN dali x/10 – widać, że tutaj recenzent się nie zna

Ten sam IGN, który najpierw przez miesiąc promował Mass Effect 3, przyznając się do specjalnych powiązań z Bioware, które zezwoliło na ekskluzywne materiały i ściśle z redakcją współpracowało, a następnie wystawiające tejże grze maksymalną notę? Ten sam IGN, który już nieraz pokazywał,  że głośne hity mają na wejściu +3 do oceny? Ok. Nie znam się.

Widać ból tyłka recenzenta, na szczęście są nieopłacani jutuberzy

Znam paru jutuberów, których warto słuchać – bryluje tutaj Quaz, który według mnie jako jeden z nielicznych trzyma poziom, a jego gust i sposób recenzowania pokrywa się z moim. Niestety wielu jest takich [i mówię to na przykładach, z którymi miałem styczność], którzy po osiągnięciu pewnego sukcesu, zmieniają swoje kanały w sponsorowany kanał reklamowy. Otrzymują kopie gier do recenzji od wydawców, a jeśli mniej znane studio chciałoby wypromować u niego swoją grę, to muszą już zapłacić. Nie mam tutaj bólu tyłka – znaleźli sposób na biznes, sporo na nim zarabiają – chwała im, są obrotni i zapewniają byt rodzinie. Tylko niech to będzie osoba, która jest szczerza z widzami, informuje o każdym sponsorowanym materiale i ZAWSZE ocenia zgodnie ze swoim sumieniem, a nie kwotą na fakturze, a nie rozwydrzony 13-latek, który otrzymuje słuchawki za 100 zł i kręci materiał o tym, dlaczego są to najlepsze słuchawki na świecie.

Czy mogę poprosić o recenzję bardziej kompetentną osobę z redakcji

Zacznijmy od tego, że ciężko jest określić kto dla autora komentarza jest „osobą kompetentną”… a później nic nie odpisać. Najczęściej osobą kompetentną określa się po prostu autora, który ma podobny gust co komentujący, co mija się z definicją. Każdy naczelny ma mózg i nie da zrecenzować taktycznego erpega osobie uwielbiającej dynamiczne sportówki, tak jak ja nie odważyłbym się zrecenzować Gran Turismo, kiedy wolę arcade typu Need for Speed. Recenzja została popełniona, nikt z redakcji nie będzie pisał drugiej, więc jeśli dany autor kogoś nie satysfakcjonuje, to:

  1. nie musi czytać
  2. nie musi się zgodzić z werdyktem
  3. może w komentarzu opisać swoje wrażenia
  4. może poszukać „bardziej kompetentnych” autorów na innym serwisie

Może opisujcie tylko co jest w grze o czym ona jest i koniec, a swoje żale i ochy i achy (czyt plusy i minusy) może zostawiajcie dla siebie”

Jesteś idealnym odbiorcą dla działów PR – zalecamy czytanie tekstu z tyłu okładek danych produkcji – tam dokładnie, rzetelnie i 100% szczerze wypisano wszystkie najważniejsze zalety danej produkcji. Czuwał nad tym cały sztab PR-owców. Pamięta ktoś „Giant Enemy Crab”?

A może gra za trudna dla recenzenta?

Może. Choć jeszcze mi się taka gra nie trafiła lub zwyczajnie się takiej recenzji nie podejmowałem. Dark Souls – pozdrawiam.

Dlaczego redaktor x nie pisał tej recenzji?

Bo pisałem ją ja.

Tylko 7? Spaczona ocena! Ciekawe co byś dał GTA V, najlepszej grze generacji!

Nic bym nie dał, bo jak już pisałem wyżej – ta gra mnie nie interesuje.

Ocena zaniżona – pewnie dlatego, że to polska gra.

Bzdura – kraj tworzenia produkcji nie ma żadnego znaczenia. Jeśli gra jest słaba, to kraj jej nie uratuje. Jeśli jest dobra, nie ma się czego obawiać na zachodnich rynkach.

Kolejny tytuł ekskluzywny i znowu wysoka ocena – trąci fanbojstwem

Pisałem na serwisie, który skupiał wokół siebie pasjonatów konsol Sony, więc ten tekst był standardem pod recenzją każdej gry ekskluzywnej, która otrzymywała oceną wyższą niż sześć oczek. Może to kogoś szokować – ale większość ekskluzywnych produkcji jest bardziej dopieszczana, głównie z racji optymalizacji pod jedną konkretną platformę. Dodajmy do tego wsparcie samego producenta konsoli, któremu zależy, by tytuły tworzone przez studia first, second lub third party reprezentowały odpowiedni poziom.

  1. First party – studia należące do właściciela konsoli – np. Sony Santa Monica, Naughty Dog
  2. Second party – studia niezależne, w których właściciel konsoli ma spore udziały lub studia, które podpisały kontrakt na jedną lub więcej gier wyłącznie na daną platformę.
  3. Third party – studia u których właściciel konsoli nie ma udziałów, ale które mimo wszystko zdecydowały się na wypuszczenie gier na tę platformę.

W zależności od stopnia zaangażowania właściciela konsoli w daną firmę, widać jak na dłoni, że jakość tych gier, które są tworzone przez studia first-party znacząco odbiega jakością od reszty. Oczywiście znajdą się wyjątki przeciągające granicę w jedną lub drugą stronę, ale patrząc na średnią – jest to niepisana reguła.

Skrzywdziłeś magiczną grę, która jest objawieniem dla wielu graczy i system sellerem konsol obecnej generacji (wreszcie jest). Wstyd Panie recenzencie, WSTYD.

Czytaj – gram i jest zajebiście, a Ty dałeś mało, więc jesteś popierdółka a nie recenzent!

Życzę powrotu miłości do gier, bo najwyraźniej jej Panu zabrakło podczas wydawania wyroku na Destiny.

Jak wyżej – pewnie jesteś zblazowany albo Ci kobieta nie daje i się wyżywasz na biednej grze!

Jestem świadom, że takich komentarzy może być jeszcze więcej, dlatego jeśli coś pominąłem, nie omieszkajcie dodać ich pod spodem. Mam nadzieję, że większość recenzentów, nie tylko growych, potrafi odnaleźć w tych przykładach odniesienia do swojej branży lub konkretnych przypadków i rozumie, dlaczego człowieka krew zalewa, kiedy kolejne osoby powtarzają te frazesy, które z prawdą mają niewiele wspólnego.