Po zakończeniu ogrywania zamkniętej bety Sea of Thieves moje uczucia są mocno mieszane. Na początku była ekscytacja, potem złość i rozczarowanie, a dopiero po dwóch dniach przerwy od grania, na trzeźwo myśląc, jestem w stanie ocenić, że gra ma spory potencjał i nie warto od razu jej przekreślać. Z jednej strony beta bardzo mi się podobała i chciałabym już teraz mieć możliwość szukania skarbów, ale z drugiej strony, żeby przeżyć, potrzebuję załogi, której nie miałam, ale od początku…

Całkowicie zajarana grą już od czasu jej zapowiedzi na E3, podczas pierwszego włączenia byłam optymistycznie nastawiona, że będę miała skomponowaną liczną załogę na ogromnym statku i moje przygody będą niesamowite. Niestety mój pierwszy kontakt nie był zbyt owocny, ponieważ po dołączeniu do rozgrywki dla wielu osób spotkałam jednego jedynego człowieka, który w dodatku miał mnie gdzieś i odpłynął sam, pozostawiając mnie na plaży… Jako że gra nie oferowała żadnego samouczka czy przewodnika, musiałam kombinować co ze sobą zrobić. Na szczęście w wodzie ukazała  się syrena która, jak potem się okazało, przerzuciła mnie błyskawicznie do mojego okrętu, którego już dawno nie było widać. To, że jestem szczurem lądowym szybko wyszło na jaw kiedy nie wiedziałam co się dzieje, gdzie płyniemy, jak sterować statkiem, co się stanie jak przekręcę ster o jeden stopień. Moja załoga chyba wiedziała co robić, więc po prostu zaczęłam się rozglądać po okręcie.

a

Znalazłam beczki do przechowywania żywności, desek i kul armatnich – ok – pomyślałam, że to pozostałości po bitwach morskich i później można to sprzedać za fajną sumę. Zanim mogłam się lepiej rozejrzeć okazało się, że mój towarzysz zatopił statek, więc szybko trzeba było ewakuować się na pobliską wyspę. Przeszukawszy ją mało starannie, stwierdziłam że to koniec mojej wspaniałej przygody – jakiś debil rozbił nam statek i utknęłam tu na zawsze, a ja czekam na pewną śmierć albo jacyś piraci wezmą mnie w niewolę… Okazało się, że na morzu pojawił się pływający posąg syreny i dzięki temu mogłam teleportować się na inny, równie duży statek, do istniejącej już załogi. Moim kolejnym odkryciem była możliwość swobodnego komunikowania się z załogą za pomocą mikrofonu. Wszystko co wychodziło z mojej strony było słyszalne dla okolicznych graczy i odwrotnie – nie trzeba było być razem w drużynie. Każdy źle nastawiony pirat może przez zabiciem Cię jeszcze się zwyzywać… Po rozejrzeniu się chwilę po okręcie nastąpiło wyłączenie serwerów, więc przy następnej próbie podbicia wszystkich mórz obrałam inną taktykę podróżowania i zbierania doświadczenia – zdecydowałam się na mały, pojedynczy okręt.

Opcja małego stateczku według twórców była najbardziej wymagającym trybem i najmniej bezpiecznym dla niedoświadczonego majtka, ale to właśnie na tym okręcie wszystkiego się nauczyłam. Nawet nie wiedziałam ile samodzielności nauczy mnie jedna mała wyprawa po mój pierwszy skarb. Mateusz podpowiedział mi że muszę kupić mapę skarbów, żeby gdziekolwiek było sens się udać, dlatego po jej kupieniu zaraz wpakowałam się na mój stateczek. Mapę trzeba otworzyć na dedykowanym do tego stole a po jej zaakceptowaniu dostajemy do ręki mniejszą wersję tego czego szukamy. Następnie musimy udać się do wielkiej mapy świata i znaleźć naszą mini wysepkę, która przeważnie jest gdzieś ukryta. Na szczęście możemy w przybliżeniu zawęzić obszar poszukiwań. Dzięki informacjach o misji, możemy ustalić, że skarb jest ukryty na przykład 1,5 dnia podróży od nas. Po zorientowaniu się dzięki kompasowi, że moja wysepka leży na południowy wschód ode mnie, zabrałam się do odcumowania od brzegu, a dla osoby robiącej to pierwszy raz nie było to łatwe zadanie. Znalazłam sznury do rozwijania żagli i rozwinęłam je na maksymalną powierzchnię łapiącą wiatr – proszę się nie śmiać – wiem jak to działa (film Piraci z Karaibów moim nauczycielem!), ale za cholerę nie znam terminologii i fachowego słownictwa. Zorientowałam się, że jeszcze muszę podnieść kotwicę i dzięki temu zabiegowi moja łódeczka wystartowała na głębokie wody. Jaka byłam przejęta i cała podekscytowana że sama płynę! Niesiona przez wiatr i całkiem nieźle pędziłam!

1492899646-sot-1

Fizyka każdej fali i to jak statek się bujał lub uderzał o nie, była bardzo realna. Sam kolor fal, które miały różne odcienie w zależności od pogody dodawało jeszcze większego realizmu całej grze. Na początku byłam tak zestresowana robieniem wielu rzeczy na raz, że bałam się odejść od steru, dlatego kiedy chciałam sprawdzić czy dobry kurs obrałam – błyskawicznie i prawie jednocześnie rzucałam kotwicę w morze i podciągałam żagiel – no bo przecież stojąc w miejscu, materiał mógł się poszarpać od wiatru (a przynajmniej tak myślałam, dopiero po czwartej misji gra wyprowadziła mnie z błędu, co zaoszczędziło mi roboty następnym razem). Po skorygowaniu kursu, przyszedł czas na dobicie do brzegu – powiem szczerze, że od początku tak dobrze mi to wychodziło, jakby gra była oskryptowana by pomóc każdemu w idealnie bliskim cumowaniu przy brzegu. Wyskoczyłam na ląd – po krzyżykach zaznaczonych na mapie szybko odnalazłam miejsce w którym powinnam kopać, ale równie szybko odnalazły mnie szkielety i spanikowana Ola zamiast nacisnąć odpowiednie guziki,  wciskała co popadnie aby pozbyć się zagrożenia. Rezultat był marny, bo pomimo posiadania szabli, strzelby i wiatrówki, zostałam zamordowana na bezimiennej plaży.

Kiedy myślałam, że to koniec gry i muszę znów przebrnąć przez menu główne – obudziłam się na statku nieumarłych – wokół nie było nic widać, ale zdecydowanie zawsze panuje tam noc. Okręt był nawiedzony, a ja pod postacią ducha mogłam zwiedzać tylko górny pokład, na którym znajdował się duch-kapitan za sterem. Po szybkiej wycieczce okazało się, że zostało otworzone przejście do świata żywych i znów wróciłam na swoją małą wysepkę na której przed chwilą zginęłam. Po uzbrojeniu się w pistolet i rozwaleniu paru umarlaków, zabrałam się za wykopywanie skarbu – dzięki mapie nie musiałam przekopywać całej wyspy i mój szpadel od razu natrafił na kufer. Wykopałam swój pierwszy skarb! Nie można było z nim nic więcej zrobić jak tylko przenieść w inne miejsce, więc wzięłam go przed siebie i szłam na statek, ale był mały problem – przede mną znajdowała się głęboka woda. Około pięciu metrów dzieliło mnie od statku i w tym momencie… Ola znów zginęła. Tym razem od stada wygłodniałych, zakrwawionych i dzikich rekinów.

sot_06

Pomyślałam, że zaraz rzucę padem i wyłączam grę, bo udało mi się znaleźć wyspę i skarb, ale właśnie przepadł w czeluściach oceanu. Na szczęście pomyliłam się i po ponownym odwiedzeniu statku nieumarłych wylądowałam na wysepce, a obok niej, na wodzie, unosiła się moja skrzynia ze skarbem – uff – na szczęście nie toną! Unikając odrodzonych już szkieletów i sprawnie manewrując wśród rekinów zapakowałam skarb na statek i wróciłam na moją wyspę z której startowałam, aby sprzedać łup i zarobić. Myślę, że wnętrze tego skarbu było dużo więcej warte niż to co dostałam za skrzynię, no ale cóż – kupiłam kolejne dwie misje. Moja kolejna wyprawa była podobna, z tym że mapa nie była typową mapą, a zagadką składająca się z trzech części. Po każdej “wykonanej” misji z zagadki odsłania się kolejna część, a ona doprowadzała nas do skarbu. Po odkryciu pierwszej skrzyni (znalazłam jeszcze jedną – po prostu leżącą na skale) dostałam w ręce kolejną część przygody, która skierowała mnie na inną wyspę i z wyprawy po jedną skrzynię, miałam ich aż trzy!  Druga odkopana skrzynia była wyjątkowa jak dla mnie, laika, który dopiero zaczął przygodę z Sea of Thieves. Skrzynia była stylizowana na beczułkę wina, z wyglądu jakby z marmuru i po jej podniesieniu stawałam się na ten moment pijana – nie mogłam prosto chodzić, wszystko było rozmazane i ciężko było trafić w jakiekolwiek miejsce – typowy piątek na Śląsku :) Drugiej takiej wyjątkowej i oryginalnej nie udało mi się znaleźć, ale to doświadczenie bardzo miło wspominam.

Cumując już przy wyspie z której startowałam, zastanawiałam się czy nikt przypadkiem nie buchnie mi statku w momencie rozładunku więcej niż jednej skrzyni. Pełna obaw wzięłam pierwszą skrzynię i poszłam ją sprzedać, a za chwilę wróciłam zadowolona po kolejną. Ta pijacka była trzykrotnie cenniejsza niż zwykła. Będąc pewna, że mój okręt jest mój i tylko ja mam do niego “kluczyki” – poszłam rozejrzeć się na wyspie. Znalazłam paru sklepikarzy, którzy oferowali dużo dobroci, między innymi ubrania i kapelusze *kapitana Jacka Sparrowa, wspaniałe szarfy i wypasione płaszcze kapitana. Tak jak pięknie wyglądały, tak też kosztowały. Inny sklepikarz oferował jeszcze ulepszenie posiadanych broni, a reszty nie było przy swoich stanowiskach więc nie mam zielonego pojęcia co jeszcze można było kupić – widziałam beczki, “wieczny ogień”(?) schowany w butelkach i inne ”podstawowe” przybory dla każdego wilka morskiego. Wracając już na statek z nadzieją na nową przygodę zauważyłam – pierwszy raz – obcego, nowego użytkownika gry, który latał w samej bieliźnie po wyspie. Spanikowana, że jednak może zabrać mi statek – bo innego niż mojego nie widziałam na horyzoncie – pobiegłam i gorączkowo zaczęłam robić wszystko, aby jak najszybciej odpłynąć z tej wyspy i nieznajomego pirata. Niestety natrafiłam na jakiegoś sprintera i dobrego skoczka, bo zaraz miałam na pokładzie pasażera na gapę i oczywiście spanikowana Ola zamiast wyciągnąć strzelbę i zastrzelić niechcianego gościa, wyciągnęłam szabelkę. Po moich trzech nieudolnych ruchach znów nie żyłam, a gościu odpłynął z moim statkiem. Wkurzona na maksa odliczałam sekundy do pojawienia się w świecie żywych, żeby skopać tyłek tej szumowinie. Zastrzeliłam go! Ale byłam z siebie dumna! Przejęłam ster i cieszyłam się całe trzy sekundy. Potem zorientowałam się, że ten troll właśnie zatopił mój ukochany stateczek, który momentalnie poszedł na dno… Zamiast rzucić padem, wyłączyłam grę żeby ochłonąć od tych przeklętych piratów.

Po powrocie do gry dostałam zaproszenie od znajomego na wspólne szanty i podróż w nieznane po oceanach. Ja grałam na PC a on na Xboksie One X, więc od razu przetestowaliśmy crossplay, który działał bez zarzutu. Oboje myśleliśmy, że skoro nasza załoga liczy sobie już dwoje majtków, to i statek będzie proporcjonalnie większy, ale ku mojemu zaskoczeniu to był ten sam mały stateczek, którym wcześniej pływałam sama. Mniejsza powierzchnia, mniej żagli do ogarniania, więcej par rąk i pomysłów – będzie fajnie! Nasza pierwsza wspólna misja była rozluźniająca, przynajmniej dla mnie, bo nie musiałam wszystkiego robić sama, a podział obowiązków okazał się być bardzo naturalny. Po pierwszych przygodach, skrzynkach i nowych problemach, natrafiliśmy na obcych i wrogo nastawionych piratów, którzy chcieli zatopić nasz statek. Wspomniałam, że każdy statek ma armaty? Moja pierwsza bitwa morska nie była udana i nasz statek zatonął, ale wiecie już, że jakiekolwiek pierwsze potyczki nowymi brońmi nie należą do moich mocnych stron. Powiem Wam szczerze, że bardzo mi się spodobało strzelanie z armaty! Aby wystrzelić trzeba najpierw załadować kulę, następnie nabić armatę i dopiero można fajnie wycelować i strzelać. Mimo iż nasz statek szybko poszedł na dno, to udało mi się parę razy trafić przeciwników, podczas gdy mój towarzysz łatał w tym czasie łajbę. Polegliśmy, ale i tak było to niesamowicie fajne i intensywne doświadczenie.

Po wszystkim oboje spotkaliśmy się na statku nieumarłych i wróciliśmy do dalszych nowych przygód. A propos bitew morskich, wspomnę jeszcze jak byłam sama na wyspie i właśnie przy niej toczyła się potyczka z udziałem ogromnych statków i wiecie co? Siedziałam wlepiona nic nie robiąc i gapiąc się jak to te wilki morskie strzelają do siebie nawzajem, robiąc uniki i goniąc się po oceanie. Ja tylko ewentualnie zmieniałam swoją pozycję na plaży, żeby lepiej widzieć – bo widać było wszystko bardzo dobrze – od kul armatnich aż po małych człowieczków uwijających się jak mrówki na pokładzie. Miałam tez lunetę, więc było prościej. I tak siedzę sobie, oglądając jak jeden z tych statków tonie, kiedy nagle ktoś z tego wciąż pływającego strzela do mnie z wiatrówki! Byłam dość zaskoczona, że to ma taki zasięg i próbowałam (już nie panikując) oddać ze swojej wiatrówki, ale niestety jeden z ekipy tego statku zdążył się już do mnie “wystrzelić z armaty” (tak – to możliwe!) i zaciukać na amen. Kiedy obudziłam się ponownie na swoim statku, okazało się że ten sam gościu “plądruje” (tak naprawdę nic tam nie było) mój statek i jeszcze zwymyślał go jaki to on jest ładnie mówiąc “dziadowy”. Chwilę później znów nie żyłam, a odradzając się miałam nadzieję że te przeklęte piraty już sobie popłynęły dalej, ale Ci dalej jak trolle czekali, żeby tylko mnie w nieskończoność zabijać. W tym momencie nie wytrzymałam i wyłączyłam grę szybką kombinacją klawiszy ALT+F4.

sea-of-thieves-5

Muszę przyznać, że wręcz obraziłam się na Sea of Thieves, bo jako głodny przygód turysta nie mam szans na przeżycie i nie ma mowy o delektowaniu się wycieczkami po morzach i oceanach w poszukiwaniu skarbów. Byłam wkurzona, że jedyną opcją grania w tę grę jest znalezienie sobie ekipy przyjaciół, bo z randomami, w żadną grę nastawioną na kooperację nie da się osiągnąć czegoś więcej. Na ratunek moim wcześniejszym przekonaniom do tej gry ruszył Mateusz, który przypomniał mi, że wybierając podróż jednoosobową jest ładnie napisane że jest to ciężki tryb i najlepiej tylko dla doświadczonych żeglarzy, a ekipę zawsze można zwołać, zwłaszcza, że dużo przyjaciół grało w betę i są zadowoleni z przedstawionego im prawie gotowego produktu. Po ochłonięciu i przeanalizowaniu wszystkich złych i dobrych sytuacji które spotkały mnie na morzu i lądzie mogę stanowczo polecić wszystkim tę grę. Ci którzy lubią kooperację, zabijanie i przygodę – dostaną wszystko w jednym kufrze opasane grubą kokardą przyjemności.

Chciałabym jeszcze wspomnieć krótko o tym, że w całym tym świecie są umieszczone niesamowite detale, takie jak wraki statków na morzu. Do jednego chciałam wpłynąć w poszukiwaniu zatopionych skarbów, ale rekiny na dobre mnie odstraszyły. Innym takim przykładem jest możliwość wsadzenia nieprzyjaciela lub buntownika do pokładowej celi – nie mam pojęcia jak to zrobić nie zabijając go ze wściekłością wcześniej. Warto wspomnieć, że podczas samej wyprawy można, a na niektórych misjach trzeba – grać szanty na jednym z dwóch dostępnych instrumentów – mały detal, ale za to robi niesamowity klimat. Jeszcze innym detalem jest zmieniająca się pogoda oraz pory dnia, które umożliwiają graczowi wykazanie się w tych łatwiejszych i trudniejszych warunkach. Same wyspy zasługują, żeby o nich wspomnieć, bo każda jest inna, począwszy od małych wysepek pięć na pięć metrów aż do wielkich olbrzymów, gdzie trzeba wszędzie non stop biegać. Te wszystkie skrzynie wśród roślinności, odpowiednio skrojone jaskinie czy sam piach po którym gorzej się biega tworzą cały ten ogromny piracki świat w który jestem w stanie uwierzyć. Matt kup!