Stało się – już trzeci tydzień mieszkam, pracuję i poruszam się po Warszawie. Na pierwszy rzut oka widzę sporo różnic kulturowo-obyczajowych, które dla osoby ze Śląska mogą wydawać się co najmniej interesujące, coby nie napisać dziwne. Ten wpis będzie bardziej osobisty od reszty materiałów, które możecie znaleźć na blogu, jednak myślę, że czasami warto otworzyć się na odwiedzających i pokazać, że mam też ludzką stronę ;)

Pochodzę z religijnej, śląskiej rodziny z tradycjami, gdzie każdy trzyma się blisko i jest oparciem dla drugiej osoby w ciężkich chwilach. Na szczęście tutaj moim oparciem jest moja dziewczyna, z którą wynajmujemy mieszkanie i na nowo uczymy się życia, tym razem z dala od matczynej opieki i ojcowskiej rady. Przyznaję, czasami ciężko nam wszystko pogodzić, by mieć czas na obowiązki, porządki i hobby, ale myślę, że to kwestia wprawy i odpowiedniej listy priorytetów, którą uskuteczniamy każdego dnia.

Gdyby nie Ola, pewnie zgubiłbym się w drodze do pracy, choodził na plac Łilsona i przejeżdżał przez rondo Łoszyngtona. To ona pomaga mi ogarnąć ten ciężki świat stolicy, gdzie smutni ludzie wsiadają w tramwaj o 7:30, by od 8:30 mordować się na Domaniewskiej. Jest moją opoką, która niczym anioł stróż opiekuje się mną na co dzień i informuje o ważnych wydarzeniach z życia stolicy, bym był na bieżąco z remontami, objazdami i wszystkimi sytuacjami, które mogą wpłynąć na moje podróże oraz komfort codzienności.

Po pierwszym tygodniu znalazłem sposób na godzinny dojazd do pracy tramwajem  – tutaj nieodłącznym towarzyszem podróży stał się tablet, na którym nadrabiam wiadomości, artykuły i czytam zaległe książki. Pomimo częściowego odcięcia od świata podczas podróży, miałem czas, by obserwować okolicznych przedstawicieli homo varsovius.

Pierwsza obserwacja: w sklepach i centrach handlowych, windach i każdym miejscu, gdzie może zgromadzić się więcej niż 100 osób, ludzie starają się utrzymać dystans, nie doprowadzać do kontaktu fizycznego, ograniczać rozmowy do minimum i generalnie przez większość czasu patrzeć sobie na buty. Sytuacja jest zgoła odmienna podczas przejazdu masowymi środkami komunikacji – autobusem, metrem lub tramwajem. Tam nikomu nie przeszkadza wpadanie na drugą osobę podczas ruszania lub hamowania pojazdu, a wciskanie się w każdy wolny centymetr przy poręczy uważa się za coś całkowicie normalnego. Że nie wspomnę o tratowaniu bliźnich podczas wsiadania i wysiadania.

Druga obserwacja: życie w stolicy, szczególnie wtedy, kiedy ma się do pracy godzinę podróży w jedną stronę, to nieustanny bieg. Nawet jadąc tramwajem zauważam, że ludzie rzadko kiedy chodzą – większość ciągle się spieszy, biegnie, truchta i zipie po niedawnym sprincie. A to lecą do tramwaju, a to zaraz zamyka się sklep, a to trzeba dziecko z przedszkola odebrać, a później jeszcze obiad ugotować, posprzątać mieszkanie i obejrzawszy jeden odcinek serialu paść ze zmęczenia i obudzić się kolejnego dnia. Nie dziwota, że stres zbiera coraz większe żniwo, a ludzie chodzą znerwicowani. Na szczęście w pobliżu mojego mieszkania znajduje się świetny sad, gdzie nie tak daleko od miejskiego zgiełku, można znaleźć oazę ciszy i spokoju, ładując baterię na resztę dnia.

Ostatnia obserwacja na dziś: plany, plany, plany. Codziennie jest coś do zrobienia, codziennie ktoś inny chce Cię wyrwać z domu na piwo, kino, pizzę i w rezultacie jedyne wolne dni, kiedy można cokolwiek załatwić, to weekend. Warszawa od poniedziałku do piątku to dla większość miejsce pracy i nauki, a sobota i niedziela to szał zakupów, odwiedzin rodziny i wielkich porządków. Rodzi to jedno, zasadnicze pytanie – skoro w tygodniu pracujemy i uczymy się, a w weekend załatwiamy prywatne sprawy i biegamy po sklepach – to kiedy odpoczywamy? Może to kwestia, jak już wspomniałem wyżej, listy priorytetów, ale z wielką trudnością potrafię wydzielić choć dwie godzinki dla siebie, podczas których mam siły na coś więcej niż odpalenie filmu i zaśnięcie w połowie.

Mam nadzieję, że z biegiem czasu uodpornię się na dementorską moc stolicy, która wypruwa mnie z energii i radości, by później pokazać, że wcale nie jest tu tak źle i „nie ważne gdzie, ważne z kim”. To kraina wielu możliwości i myślę, że jeszcze się polubimy.

Zdjęcie pochodzi z: wkoktajlukultur.pl

Podobne Posty

  • Oj, nie demonizowałbym aż tak tego pośpiechu ;) I piszę to jako mieszkaniec malutkiego miasteczka :)
    Co do pytania kiedy odpoczynek – ale przecież właśnie wyjście na piwo ze znajomymi, do kina, etc itp to własnie odpoczynek, tylko trochę inny niż ten z padem w dłoni na kanapie :)

    • Mateusz Greloch

      Może będziecie wymiotować tęczą, ale dla mnie odpoczynek jest wtedy, kiedy po ciężkim dniu mogę się położyć na łóżku i przytulić do Oli zasypiając <3

      • Ty z tęczą w Waw to uważaj, to płonący temat bywa :C

  • Francik z Radlina

    W mojej opinii na Śląsku żyjąc na własny rachunek jest dokładnie tak samo….

    • Mateusz Greloch

      Też jest ciężko z czasem i ludzie wypruwają flaki, by wyżywić rodzinę, jednak mimo wszystko wydarzenia na Śląsku toczą się zupełnie innym, wolniejszym i mniej stresogennym tempem. Czasem mi do tego tęskno.

      • Łukasz Tomasz Kopeć

        Mat, wawa to zlo. Ty jako slazak powinienes to najlepiem wiedziec :P I mowie to jako krakus :P co do braku czasu to to ka swoja specjalna nazwe – doroslosc :P
        A szybkie zycie jest tylko w warszawie. Wyemigrowalem z Krakowa 3 lata temu, i w niemczech jest jeszcze wolniej ;)