Zanim przejdę do recenzji Nabu, warto nakreślić postrzeganie marki Razer na świecie. Ten producent nazywany jest „Apple wśród graczy”. Od lat kojarzy się z innowacją, prestiżem i pewnym rodzajem statusu, który nierzadko jest powodem do dumy. W ciągu paru ostatnich lat wizerunek ten został nadszarpnięty przez tańszą konkurencję, która atakuje Razera marketingiem szeptanym. Rywale próbując dowieść, że dziś to w głównej mierze marketing działa na korzyść brzytwy, a rozwiązania techniczne i ergonomiczne niekoniecznie dorównują designowi i reklamom.  Czy tak rzeczywiście jest?Na blogu recenzowałem już klawiaturęmyszki tego producenta,  ale tym razem do moich rąk trafił nieco inny sprzęt – Smartband Nabu. Dla nieco mniej obeznanych z dzisiejszą technologią – śpieszę z definicją: Inteligentna opaska, która mierzy aktywność użytkownika podczas snu oraz codziennych czynności oraz ćwiczeń. Nie wiem czy widzieliście mnie na żywo, jednak daleko mi do wizerunku wysportowanego atlety, niemniej na potrzeby testu, zmusiłem się do aktywniejszego trybu życia, za co powinienem podziękować ja, moje stawy i niższa waga.

W opakowaniu znajdziemy opaskę, złączkę, która zwiększa lub pomniejsza obwód urządzenia, instrukcję obsługi oraz kabelek USB, który służy do ładowania opaski. Dziwi mnie brak mini stacji dokującej – krótki kabel USB nie jest najlepszym rozwiązaniem. Sam kabel zakończony dwoma bolcami, jest na tyle nietypowy, że po jego zgubieniu lub zniszczeniu, na próżno szukać zamienników. Nabu sprzedawana jest w dwóch rozmiarach: S/M i M/L. M to około 18 cm obwodu, L dokłada do tego kolejny centymetr. Urządzenie jest kompatybilne z iPhone’ami od modelu 5 oraz urządzeniami z  Androidem od 4.3 i nowszymi.

Kolorystycznie mamy do czynienia z klasyką Razera – czerń i zieleń to nieodłączne barwy tego producenta. Smartband wyposażono w czarno-biały wyświetlacz o rozdzielczości 128 na 16 pikseli. Może wydawać się małą, ale wystarcza do podstawowych powiadomień [urządzenia ma problemy z bardziej skomplikowanymi emotkami].

Doceniam za to samą wydajność baterii. Pełne naładowanie to dwóch godzin, a podczas intensywnego użytkowania, opaska wytrzymuje około 4-5 dni. Co ciekawe, Nabu nie drenuje baterii smartfona. Mój Galaxy Note 4 po całym dniu z włączoną aplikacją Razera i synchronizacjami był nieznacznie obciążony i nie mogę powiedzieć, że miało to jakikolwiek wpływ na szybsze ładowanie smartfona, który i tak codziennie ląduje przy gniazdku. Zapewne wynik ten byłby niższy, gdyby opaska miała pulsometr i GPS, jednak poskąpiono tych modułów – jest to zła wiadomość dla biegaczy i ludzi interesujących się wyprawami w teren.

To, co ma działać najlepiej, czyli mierzenie kalorii i aktywności, działa bez zarzutu. Po bardzo krótkim procesie parowania urządzenia, w aplikacji możemy ustawić podstawowe dane i np. dzienny cel kroków. To prosty krok psychologiczny, który w dobie pucharków, achievementów i punkcików, cholernie motywuje do ruchu. Częściej korzystałem ze schodów, a zdarzało mi się też wydłużać spacery o paręnaście minut, by przed dojściem do domu dobić do ustawionego celu.

W porównaniu z innymi produktami tego typu, sensory Nabu nie wypadają najgorzej. Dokładność kroków prezentuje się jak w Withings, więc zakładam, że jest z tym aspektem nie będziemy mieli problemów. Zaskoczenie – żyroskop nie łapał kroków, kiedy jechałem samochodem lub autobusem, pomimo jeżdżenia po nierównościach. Wiele opasek ma z tym problem. Co ciekawe, kroki nabijają się wtedy, kiedy sięgałem po pilot i przełączałem kanały w tunerze TV. Jakby ktoś mi kiedyś wmawiał, że przełączanie kanałów nie spala kalorii, kategorycznie zaprzeczę.

Jeśli chodzi o mierzenie snu, tutaj widać już duże rozbieżności. Withings pokazywało dokładniejszą datę zasypiania i budzenia, podczas gdy Razer dokładał do początku snu 40 minut, a wybudzał się jakieś 15 minut później. Jak wspomniałem wcześniej, spanie w twardej opasce nie należało do przyjemniejszych. Kolejne wytargane włosy included. Głównie dlatego zdarzało mi się ją po prostu ściągać, co widać po zrzutach  z aktywnością. Podczas testów biegałem w parku, ćwiczyłem na siłowni oraz miałem krótki epizod z aktywnością podczas deszczu – Nabu przetrwało każdy z tych testów i nawet pot lub wilgotność powietrza nie spowodowały jakichkolwiek nieprawidłowości w działaniu. Certyfikat wodoodporności IP67 swoje robi – producent nie zaleca jednak używania opaski pod prysznicem lub na basenie. Jest odporne na zachlapania, ale długotrwałe używanie pod wodą może doprowadzić do zalania i uszkodzenia sprzętu.

Doceniłem za to powiadomienia aplikacji i ich możliwość sterowania opaską. Jest to bardzo fajny ficzer dla ludzi jeżdżących komunikacją miejską w chwilach, kiedy odpalamy np. odtwarzacz muzyki w telefonie, zakładamy słuchawki, a smartfon ląduje w kieszeni. Trochę irytuje nakładanie powiadomień – jeśli sprawdzimy notyfikacje w telefonie, a nie ruszymy ich na opasce, to będą tam wisieć, dopóki ich nie przeklikamy. Jeśli czyta to ktoś, kto zajmuje się oprogramowaniem tego typu urządzeń – skoro opaska ciągle jest połączona przez bluetooth, to może warto zadbać o synchro powiadomień? Zdziwiłem się, że mogę odrzucać niechciane informacje po prostu potrząsając urządzeniem, fajny, przydatny ficzer.

Na plus mogę zaliczyć jeszcze powiadomienia z messengera i Twittera. Można przeczytać ich treść w bardzo dyskretny sposób, np. na spotkaniu lub zebraniu. Trzy stopnie wibracji pozwalają na konfigurację, która najbardziej nam odpowiada.  Sama aplikacja jest przejrzysta i spełnia wymagania material design. Działa szybko i bez zarzutu – ani razu nie mogłem narzekać na ten element układanki zwanej Nabu. Razer wie, że w kwestii designu, UX, ergonomii i szybkości działania, ludzie płacący za ich urządzenia wymagają naprawdę wiele. Spieszę z informacją, że aplikacja sowje zadanie spełniła w 100%. Ładne wykresy, dokładne dane i przegląd historii pomagają mierzyć i porównywać wyniki nie tylko nasze, ale i naszych znajomych, z którymi możemy się stuknąć identyczną opaską [wykrywa nawet potrząsanie dłoni innego użytkownika Nabu!]. Czyżby Razer miał za cel uderzenie w poczucie rywalizacji? Jeśli tak, to działa.

Powiadomienia powiadomieniami, kroki krokami – wszystko ładnie pięknie, ale… Pierwszy raz, nosząc tego typu opaski (wcześniej kilka Jawbone UP, aktualnie Withings Activite), do głowy by mi nie przyszło, że można tak źle zaprojektować tego typu akcesorium. Opaska jest bardzo twarda, źle wyważona (!) przez co ciągle mam wrażenie, że moja ręka jest delikatnie ciągnięta w jedną stronę. Dodatkowo, często sprawdzając powiadomienia (przyciskiem znajdującym się u góry Nabu) zdarzało się ją po prostu odpinać. Jest też po prostu za gruba i zbyt sztywna, abym jakkolwiek mógł wyobrażać sobie korzystanie z niej codziennie – utrudnia nawet takie codzienne zadania jak korzystanie z laptopa – po prostu haczę opaskę o krawędź i nie jestem w stanie komfortowo ustawić nadgarstka, by bezproblemowo pisać.

Razer Nabu jest pięknym przykładem, jak prostotę interfejsu i dobre, praktyczne założenia można zepsuć złym zaprojektowaniem urządzenia. I jak wspominałem, wcześniej nawet by mi do głowy nie przyszło, że będą narzekał akurat na ten element. Tego typu opaski mają być jak najmniej inwazyjne i po prostu mam ich nie czuć w codziennym użytkowaniu. Niestety, Nabu jest dokładnym przeciwieństwem. Dodajmy do tego złączkę, którą można odpiąć hacząć przypadkowo o np. poręcz w tramwaju lub klamkę drzwi. Parę razy ratowałem odpiętą opaskę od upadku. Samo zapięcie i plastikowo-gumowa obudowa cierpi na jeszcze jeden mankament – ciągnie za włosy na ręce.

Ucinam spekulacje, nie jestem owłosiony jak Yeti, ale swoje na nadgarstku mam. Wprawdzie w zestawie mamy dwa rodzaje złączek, które wydłużają lub skracają opaskę, ale twarda konstrukcja powoduje, że w moim przypadku opaska była albo za ciasna, albo zbyt luźna. Na krótkiej złączce targałem włosy, na długiej bałem się wejść między ludzi, by nie wyjść z tłumu bez smartbanda. No cóż, jestem niekompatybilny z Nabu.

Podsumowując – urządzenie jest w miarę dokładnie i wygląda jak każdy produkt Razera – ciekawie. Jednak użyty, sztywny materiał i rozminięcia w mierzeniu aktywności podczas snu powodują, że nie będzie to ulubiony smartband dla ludzi ceniących sobie aktywny tryb życia. Dodajmy do tego dosyć wygórowaną cenę, bowiem Nabu kosztuje aż 480 zł. Fani marki na pewno się skuszą, ale obawiam się, że poza nimi mało kto znajdzie w tym produkcie coś wartego zakupu. Szkoda, bo była to dobra okazja, by uciąć argumenty z pierwszego akapitu. Następnym razem poproszę taniej i wygodniej. Niczego więcej w Nabu mi nie trzeba.

Opaskę do testów uży­czyła firma Razer.

  • Ciekaw byłem jak opaska poradzi sobie podczas ataku zombie, ale skoro żadnego nie było- ciężko o tym pisać. Najbardziej w tym całym gadżecie podoba mi się czarno biały wyświetlacz, który mocno ogranicza zużycie baterii urządzenia (dobra strona). Widziałem nawet smarwatche z ekranami w technologi e-ink. Gumowo- gówniany twardy pasek? Bardzo kiepsko. Tak naprawdę brałbym taki sprzęt, jeśli miałby mi służyć tylko do sprawdzania powiadomień, przełączania utworów w odtwarzaczu i sprawdzania godziny. Pod warunkiem, że będzie: wyglądał bardziej jak zegarek, odporny na samoczynne odpinanie się i wygodny.

    Z drugiej strony to tylko smartband. Chyba nie ta strona rozwoju razer’a. Nie chcę generalizować, ale wydaje mi się, że to raczej sprzęt dla sportowych bzików, nie dla graczy. Niezależnie, czy dbamy o zdrowie, czy nie.

    „Jakby ktoś mi kiedyś wmawiał, że przełączanie kanałów nie spala kalorii, kategorycznie zaprzeczę.” Tydzień ćwiczeń wypracował w Tobie świetną radę dla tak aktywnych jak ja. Będę o tym pamiętał skacząc po kanałach.

    • Mateusz Greloch

      Ta opaska byłaby boska, gdyby nie ta plastikowo-gumowa obudowa, która jest za gruba i za sztywna. Usability bardzo niskie. Chyba lepiej trzymać się gamingu, zamiast łapać wiele srok za ogon.