Przyznam szczerze, że jeszcze dwa tygodnie temu nie wiedziałem, że powstaje film przedstawiający losy Jamesa Browna, którego osobiście uwielbiam słuchać w wolnych chwilach, a którego życiorys również nie jest mi obcy. Kiedy przed innym seansem zobaczyłem zwiastun Get on up, wiedziałem, że muszę zobaczyć ten film. Co ciekawe, za całość w pewnym stopniu odpowiada Mick Jagger, który był producentem tej produkcji, a który również przewija się w filmie ze swoim zespołem The Rolling Stones, jako debiutujący w Stanach zespół z Wielkiej Brytanii.

Pełen nadziei usiadłem w fotelu i już od pierwszych minut filmu wsiąkłem w historię jednego z bardziej kontrowersyjnych muzyków ubiegłego wieku. James nie miał prostego dzieciństwa, jednak od najmłodszych lat pociągała go muzyka i śpiew. To właśnie te zainteresowanie wyrwało go z dołka i w oszałamiającym tempie wyniosło na pierwsze miejsca lokalnych stacji radiowych.

Szorstki w obyciu, egoistyczny i narcystyczny typ o niezaspokojonym ego, którym zawładnęła muzyka. Gdyby nie on, soul i funk nie byłyby tym, czym są dzisiaj. Jego unikalny styl i doskonałe ucho do melodyjnych partii dopełnione nietuzinkowym wokalem były przepisem na natychmiastowy sukces.

Get On Up

Jego losy w filmie Get on up śledzimy w niechronologicznej kolejności, jednak dopiero taki zabieg pozwolił doskonale zrozumieć procesy myślowe artysty. Jeśli wierzyć reżyserowi, Tate’owi Taylerowi, historia nie była „podkręcana” do standardów Hollywood. Słodko-gorzkie doświadczenia Jamesa wystarczyły, by stworzyć pełen energii, pasji, obłędu, rozrywki i dramatu film. Bez wątpienia po wyjściu z kina poczujemy zastrzyk pozytywnej energii, przeplatany uczuciem dobrze spędzonego czasu.

Ogromne słowa uznania dla Chadwicka Bosemana, który wcielił się w „ojca chrzestnego soulu”. Ten 32-letni aktor nie tylko zdołał przekonać mnie swoją grą aktorską, ale zdaniem wielu krytyków zasługuje na tegorocznego Oskara w kategorii najlepszego aktora pierwszoplanowego. Podobnie jak w przypadku recenzowanego przeze mnie filmu „Bogowie”, Chadwick, podobnie jak Kot, zdołal nie tylko zagrać swoją postać, ale na dosłownie porwał widza w podróż po nie zawsze pozytywnych momentach życia Browna.

Jak już wspomniałem, James nie był człowiekiem z którym pracowało się bez zgrzytów. Uważał siebie za boga, który wie najlepiej czego chce lud, co niejednokrotnie doprowadzało do konfliktów w zespole. Jego podejście było bardzo proste – albo robicie po mojemu, albo wypad. Doskonale rozumiał to jego wieloletni partner sceniczny – Bobby Byrd, który przez lata znosił humory Browna.

2

Na szczęście reżyser nie pozwolił, by Get on up było laurką ubóstwiającą Jamesa Browna – w filmie jest tyleż samo dramatu co rozrywki, ale wydaje mi się, że częste wyskoki artysty niepotrzebnie obrazowano jako spuściznę po twardym wychowywaniu przez ojca i jako pozostałości po ciężkim dzieciństwie. Taka psychoanaliza nie działa niestety na korzyść Jamesa, który temperament odziedziczył po ojcu. O ile na scenie taki wulkan energii udzielał się tłumowi i przyciągał tysiące fanów na koncerty, tak w jego życiu osobistym, wybuchowy charakter napytał mu sporo biedy.

Jeśli nadal zastanawiacie się, czy warto zobaczyć ten film, moja odpowiedź może być tylko jedna. Jeśli kochacie muzykę, znacie choć jeden kawałek Jamesa Browna, pragniecie przeżyć najlepsze, muzyczne widowisko tego roku, a przy okazji poznać historię jednego z najpopularniejszych artystów ostatnich lat, to nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić was do kina. Za każdym razem, kiedy na ekranie rozpoczynało się show, Chadwick chwytał za mikrofon, wykonywał parę charakterystycznych ruchów tanecznych i porywał tłumy, dostawałem gęsiej skórki, a noga sama zaczynała pląsać.

Get on up to jedno z największych zaskoczeń tego roku i nie mogę się doczekać, aż wybiorę się nań drugi raz, tym razem z moją drugą połówką. Rzadko odwiedzam kino dwa razy dla tego samego filmu, ale tym razem zdecydowanie warto, chociażby dla samych scen muzycznych, które skutecznie obudziły we mnie „czarną nutę soulu”, którego słucham od lat.

Za możliwość zobaczenia filmu dziękuję rybnickiemu Cinema City, które zaprosiło mnie na seans.

CINEMACITY