Jako bloger, często zdarza mi się zagadywać różnych przedstawicieli firm, którzy popularnie znani są jako „Panowie Promki” lub „Panowie Sample”. Różne firmy nazywają ich inaczej – w jednych będzie to Account, w innych dedykowany Product Manager, a w najbardziej skrajnych przypadkach zdarzało mi się rozmawiać bezpośrednio z szefami szefami.

Większość ze współprac, które udało się doprowadzić do końca, przebiegała perfekcyjnie, jednak w ciągu paru lat „w branży”, znalazło się kilka przypadków, kiedy traciłem wiarę w ludzi. Wszystko to przekuło się w mini-spostrzeżenia na temat nawiązywania współpracy z punktu widzenia mniejszego blogera. Jest to o tyle ciekawe, że służbowo również mam do czynienia z wieloma blogerami, więc wiem też jak wygląda to z drugiej strony, kiedy ktoś stara się ugrać jakiś sprzęt do recenzji :) Nadmienię, że pisząc bloger, mam na myśli osobę publikującą – streamerzy, youtuberzy, instagramerzy lub snapchaterzy również wliczają się w moją definicję blogera.

Na początek słowo wyjaśnienia – mali blogerzy, szczególnie Ci growi i technologiczni, są świadomi, że nie mają szans w starciu ze statystykami gigantów z wyrobioną marką lub dużych portali, na których pojawia się kilkanaście recenzji tygodniowo, a w redakcji zasiada kilka lub nawet kilkanaście osób. Nie oznacza to jednak, że ich materiały są mniej ciekawe. Z własnego doświadczenia widzę, że zazwyczaj bardziej się starają – grają słowem, urozmaicają teksty, wymyślają nietypowe testy i robią świetne zdjęcia. Wielu z nich stara się boostować wpisy płatnymi reklamami w social media, powiększając jednocześnie bazę swoich własnych fanów, co oznacza również większy zasięg w przypadku dalszej współpracy, kiedy pojawią się inne produkty warte promowania.

Wszystko rozbija się też o budżet. Jeśli klient chce zasięgu, cytatu z recenzji do promocji lub po prostu publikacji w popularnym aktualnie miejscu, gdzie jest szansa na ekspozycję dla targetu, agencja uderza do molochów branży, którym często trzeba też zapłacić, czy to przelewem, czy to barterem. W przypadku mniejszych redakcji lub prywatnych blogów, które dopiero się rozwijają, plusem dla PM-a jest bez wątpienia niski koszt publikacji – często stosuje się popularną formę dwutygodniowych testów i odesłania sprzętu do agencji, by ten mógł posłużyć jako sampel innej redakcji. Młody bloger ma wpis, często z nowym produktem na rynku, a agencja publikację i sprzęt gotowy do wysłania dalej. Zdarza się również, że i taki początkujący otrzyma sprzęt w prezencie po zakończonych testach i publikacji wpisu, ale wszystko zależy od agencji i wcześniejszych ustaleń. Tutaj dochodzimy do kwestii cenienia się przez blogera i wartościowania konkretnych tekstów, ale to temat na inny wpis :)

Przejdźmy do tego, co jest istotą dzisiejszego tekstu. Spisałem 10 zasad, które według mnie, powinny być podstawą przejrzystej, przyjemnej i oczywistej współpracy pomiędzy agencją, a blogerem. Kieruję je do tych, którzy najczęściej są zalewani prośbami o produkty, mając nadzieję, że podejdą co całości z dystansem :)

Drogi władco sampli, opiekunie wszelkich promek, głosie korporacji i przyjacielu recenzentów:

Nie kłam

Jeśli nie jesteś zainteresowany, napisz. Rozumiemy, że czasami nie jesteśmy dla Ciebie atrakcyjni pod względem tematyki, zasięgu lub osobistych preferencji. Wolę przeczytać, że jestem za mały na pańską łaskę i splendor darów losu, niż dostać pokrętną odpowiedź, z której nic nie wynika lub wytrzeć się propozycją, która jest absurdalna – włącznie z zapłaceniem producentowi za możliwość wypożyczenia sprzętu z wypisanymi stawkami dziennymi za każdy oddzielny produkt – WTF. Kłamstwo ma krótkie nogi, niby stara sentencja, ale wciąż aktualna. Wyobraźmy sobie sytuację, w której 4 osoby wysyłają to samo pytanie do jednego PM-a. Dwie większe redakcje otrzymują odpowiedź, że wysyłają paczkę z produktami A, B i C. Jedna, mniejsza redakcja otrzymują odpowiedź, że produktów A, B i C nie ma na stanie, bo paczka nie dotarła i nie wiadomo kiedy będzie. Mały bloger, jako ostatni, dowiaduje się, że tych produktów jeszcze nie ma w Polsce, ale w zamian może zrecenzować starsze, o które nikt nie pyta, nikt nie chce o nich czytać i zalegają na magazynie. Tego samego dnia, wieczorem, wszyscy spotykają się na piwie i różne odpowiedzi na ten sam temat wychodzą na jaw. Komu powinno być głupio? Czy ktoś powinien się obrazić? A może poczuć źle, bo jest malutki i marki go zlewają? Nikomu, nikt, nie. Zamiast się załamywać, trzeba dalej robić swoje, licząc, że kiedyś sytuacja ulegnie poprawie i zostaniemy poproszeni o adres do wysyłki. A to prowadzi nas do punktu drugiego, czyli…

Nie obiecuj

Jeśli nie masz sprzętu/gry o którą ktoś prosi, nie bierz adresu, nie zapewniaj, że „paczka wyszła już z magazynu”, nie mów, że przy okazji następnej partii [która może nigdy nie dotrzeć], na pewno weźmiesz kogoś pod uwagę – doprowadza to do frustracji po obu stronach, generuje kolejne maile, telefony i brnięcie w coraz bardziej absurdalne powody, dla których obiecane sytuacje nigdy nie miały i nie będą miały pokrycia w rzeczywistości. Tak jak w sądownictwie występuje „domniemanie niewinności”, proponuję w komunikacji z blogerem zaczynać od „domniemania inteligencji”. Co ciekawe, często zdarza mi się pisać do zagranicznych producentów i wydawców, ale jedynie w przypadku polskich agencji otrzymywałem cyniczne odpowiedzi lub takie, które z góry pokazywały, że PM jest panem sytuacji, a ja zwykłym plebsem, który stara się chwycić boga za sukienkę. Często to same pytanie zadane polskiemu i europejskiemu przedstawicielowi przynosiło dwa odmienne rezultaty, ze wskazaniem na tego drugiego, który o wiele rzadziej odmawiał pomocy w rozwiązaniu problemu lub po prostu odpisał.

Odpisuj na maile

To coś, czego nie jestem w stanie zrozumieć. Jako osoby, które powinny dbać o wizerunek firmy w oczach mediów lub potencjalnych klientów, nie utrzymywanie kontaktu uważam za przejaw buractwa lub niekompetencji. Nie jestem w stanie zliczyć ile wysłanych wiadomości nigdy nie doczekały się odpowiedzi. W wielu przypadkach wystarczyłoby zwykłe „Nie” lub „Nie jesteśmy zainteresowani”. Zdarzały się też sytuacje, kiedy otrzymywałem raport mówiący, że moja wiadomość została usunięta bez czytania. Rozumiem, że nie zawsze uda się odpowiedzieć tego samego dnia, że terminy, że klienci, że raporty – często przypominam się po tygodniu, dwóch, miesiącu, by ponownie odbić się od ciszy po drugiej stronie. Szanujmy się i swój czas – z mojej strony staram się zawsze odpisywać na wiadomości, nawet jeśli dokopię się do niej po tygodniu.

Nie odrzucaj połączeń w nieskończoność

Wracamy do poprzedniego punktu – rozumiem spotkania, brak czasu lub ochoty. Prosta wiadomość SMS wystarczy. Ten sam numer rozbrzmiewa w moim kierunku kiedy tylko jest prośba o publikację newslettera lub prasówki po mojej stronie, ale milczy, kiedy zaczyna się temat sampli, kopii gry lub  informacji o produkcie. W skrajnych przypadkach pomaga…. zadzwonienie z innego numeru telefonu. Nagle rozmówca, który jeszcze minutę temu był niedostępny, odbiera po jednym sygnale. Żeby nie było, że jestem rozpieszczony – wielokrotnie w przypadku gier, kiedy wiedziałem, że nie załapię się na dany tytuł, robiłem coś, co dla wielu może być ciężkie do ogarnięcia – KUPIŁEM JĄ. Nie rozumiem oburzenia kolegów z innych redakcji lub co gorsza – jutuberów z ogromnymi zasięgami, zarabiających na kanale grube hajsy. Bądźmy rozsądni i nie roztrząsajmy tego do nie wiadomo jakiej skali. Nie jest prawdą, że każdy z blogiem dostaje wszystko za darmo – więcej pokory młodzi tekstopłodzący.

Nie obgaduj za plecami

Ile razy otrzymałem maila, z którego ktoś zapomniał mnie wykasować z CC? Ciężko zliczyć. W ilu z nich znalazłem niewybredne uwagi pod swoim adresem? W kilku na pewno :) Od delikatnych komentarzy kiedy zaczynałem (parafrazuję z grzeczności) – co za buc, ma bloga od tygodnia i myśli, że wszystko mu wolno, do niedawnego: Ja p*****lę, patrz na tego barana, nic nie dostanie, nawet na dwa tygodnie, bo jeszcze mi ją zajebie albo wystawi na Allegro. Skąd ja go kojarzę?

To samo tyczy się imprez branżowych, eventów i innych tego typu sytuacji. Niektórzy, kiedy sobie popiją, rozwiązują języki za bardzo. Dodatkowo trzeba mieć świadomość, że szczególnie w branży sprzętu i gier wideo, wielu z nas zna się prywatnie, często bardzo dobrze, mogliśmy pracować w tych samych redakcjach i zdarza nam się dzielić doświadczeniami na temat danych marek/agencji. Profesjonaliści nie mają się czego obawiać, ale butni juniorzy, którzy myślą, że są panami i władcami i jednocześnie próbują rządzić się swoją pozycją, nie są zbyt dobrymi partnerami do rozmów. Wszyscy jesteśmy ludźmi i każdy zasługuje na szacunek. Pamiętajmy o tym.

Miej świadomość rynku

addtext_com_MDgzNDUyMjY3NzA

Codziennie powstają nowe portale, starzy wyjadacze zmieniają redakcje, do niektórych dochodzą nowe twarze. Częste zmiany na stołkach lub wśród klientów powodują, że ciężko jest nadążyć za sytuacją na rynku, ale w miarę możliwości, warto obserwować rozwój i ekspansję kolejnych terenów, gdzie mogą się pojawić ciekawe publikacje. Dziś jedynie power-userzy szukają tekstów z cyferkami, dokładnymi statystykami i tabelkami. Dla nich są duże, profesjonalne portale. Małe blogi charakteryzują się bardziej kameralną formą wpisów, które skupiają nieraz totalnych laików w niektórych tematach. Sam otrzymuję sporo zapytań mailowych w stylu – „Czy jak kupię słuchawki X, to bas mnie zabije na miejscu?”, pomimo, że ze specyfikacji na stronie producenta jasno wynika, że dane słuchawki raczej jakością niskich tonów nie grzeszą – dla takich ludzi najczęściej odpowiedzią są właśnie blogi, gdzie teksty pisane są „dla Kowalskiego”, a nie duże portale gdzie w komentarzach roi się od specjalistów od grafiki, dźwięku, montażu, polityki, hydrauliki i fizyki jądrowej.

Pilnuj terminów

Jeśli obiecujesz odezwać się za tydzień, ustaw przypomnienie i zrób to. Nawet jeśli sytuacja się nie zmieniła, a Ty w dalszym ciągu nie masz informacji o danym produkcie. Utrzymywanie kontaktu – pamiętasz? :) Terminy tyczą się też drugiej strony barykady – jeśli wypożyczasz sprzęt na dwa tygodnie, nie zapominaj o nim. Zdarzało mi się prosić o ustalenie daty odbioru paru piętrzących się w szafie sprzętów, które niepotrzebnie zagracały pokój. Rekordzistą jest agencja, która podesłała dwa monitory i ciągle wysyłała nowe do testów, nie odbierając starych. W pewnym momencie miałem mieszkanie zawalone kartonami i choć zawsze chętnie coś przetestuję, chciałbym wyjść do pracy lub na spacer. Oczywiście działa to w dwie strony – jeśli druga strona obiecuje materiały na dany dzień, nie bój się egzekwować terminów. Gramy w otwarte karty i przejrzystość współpracy z jasno wytyczonymi warunkami to podstawa.

Obserwuj influencerów

Dziś termin influencer nieco się rozszerzył – kiedyś były to szeroko rozpoznawalne osoby, typowi internetowi celebryci, którzy mieli realny wpływ na kształtowanie potrzeb swoich fanów i którzy na swoją pozycję pracowali latami. Dziś wszystko jest prostsze – wystarczy jeden, bardzo klikalny post,  Twoje nazwisko lub nazwa bloga może zostać rozpoznawalna przez dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy osób w kraju lub za granicą. Internet to potęga, ale też krucha potęga – dziś jesteś znany, jutro znany będzie ktoś inny. Pytanie do PM-a: czy jesteś w stanie wyłapać nowe, obiecujące persony? Kilka lat temu nikt nie wiedział kim jest Rezi, littlemooonster lub <wpisz tutaj dowolnego influencera, które obserwujesz i jest dla Ciebie autorytetem w danej dziedzinie zainteresowań>. Oni też kiedyś zaczynali, też mieli potencjał i też odbijali się od niewidzialnych ścian w poszukiwaniu promocji lub zrozumienia. Dziś za promocję i product placement inkasują wysokie kwoty, na które Twój klient może nie mieć budżetu, a brief idealnie pokrywa target ich działalności.

Pozwól się wykazać nowym twarzom

Młody? Prosi o coś? Pojawia się ktoś znikąd? Zamiast od razu wcisnąć „Oznacz jako spam”, poświęć sekundę, by kliknąć w podesłane odnośniki do bloga lub innych kanałów. Być może treści tam przedstawione spodobają się Tobie lub klientowi i można wykorzystać je do promocji? Jeśli nie teraz, zawsze można dodać takie osoby do swoich notatek – nigdy nie wiesz, jaki wpadnie brief. Nowy blog? Mało treści? Być może autor był kiedyś członkiem większej redakcji i „poszedł na swoje”? Z tą ostatnią sytuacją jestem w stanie się identyfikować – kiedyś pisałem dla większego portalu, najlepszego w swojej wąskiej dziedzinie. Później zacząłem wyrabiać swoje własne nazwisko i markę bloga, na którym masz przyjemność się właśnie znajdować. Nie ukrywam, dziś jest mi o wiele prościej o produkty do recenzji lub zaproszenia na eventy niż kiedy zaczynałem, ale dla wielu osób jestem anonimowy i zdaję sobie z tego sprawę. Zamiast się obrażać, dalej robię swoje i liczę, że kiedyś będę wart, by napisać o produkcie, który mnie interesuje i o który wysłałem zapytanie. Niedawno zadebiutowałem w prasie jako „ekspert” [przesadzone, choć jakąś tam wiedzę mam :)], a ciągle kibicuję moim towarzyszom blogerom, którzy trafiają do telewizji lub reportaży online. Jedziemy na tym samym wózku i miło zobaczyć, kiedy znajomi z Twittera podbijają tradycyjne media :)

Bądź fair

To chyba najważniejszy punkt ze wszystkich powyższych. Jeśli prowadzisz już współpracę z danym blogerem lub redakcją, ale widzisz, że rezultaty Cię nie zadowalają – napisz o tym, być może uda się znaleźć inne rozwiązanie sytuacji, niż całkowita rezygnacja z usług. Jeśli jest wręcz przeciwnie, współpraca kwitnie, kolejne recenzje budują coraz większe zasięgi, a publikacje zadowalają klienta pod względem ekspozycji i budowania marki, warto zacząć premiować tych, dzięki którym mamy czym się pochwalić szefostwu. Może to być zaproszenie na zamknięty event lub prezentację nowej linii produktów, wyższe miejsce w kolejce do testów sprzętu lub drobne upominki, które dany bloger może rozdać wśród swoich fanów.

Do dzisiaj pamiętam osobę, która jako pierwsza mi zaufała i podesłała produkt do recenzji. Niestety nie mogę zdradzić kto to jest, ale gdyby nie ona i uwierzenie „na ślepo”, prawdopodobnie nigdy bym nie wystartował z wieloma dzisiejszymi projektami i nie budował powoli pozycji człowieka, do którego kieruje się zdezorientowanych graczy. Coraz częściej widzę, że na Twitterze ktoś oznacza mnie w dyskusjach, gdzie ktoś zastanawia się jaką klawiaturę/myszkę/monitor zakupić. Jest to bardzo miłe i ja również odwdzięczam się tym samym. Znajomy pyta o osobę do reportażu na dany temat? Zazwyczaj nie polecam „dużych”, a zwracam uwagę na „mniejszych”, którzy mają sporą wiedzę na dany temat, a jednocześnie wiem, że dany ruch pomoże im zbliżyć się do „większych” :)

Jak widzisz, jest to zespół naczyń połączonych – wiele zależności wynika z tego, że wcześniej podjęto taką, a nie inną decyzję. Mam nadzieję, że nie wyszedłem na buca, zbyt pewnego siebie lub nie wiadomo jakiego boga blogosfery. Zdaję sobie sprawę, że mam jeszcze sporo do nauczenia, że wiele rzeczy mogę poprawić i ciągle brakuje mi doświadczenia w wielu kategoriach, ale kimże bym był, gdybym nie podzielił się moimi przeżyciami, które być może pomogą komuś, kto dopiero zastanawia się, czy wykupić domenę, opłacić serwer i zamiast pisać do szuflady, dzielić się światem swoimi wypocinami. Jeśli accounci lub product managerzy patrzą teraz na mnie jak na abominację – spokojnie, podobny tekst powstanie dla blogerów, którzy nie do końca wiedzą, jak powinna wyglądać grzeczna komunikacja po ich stronie.

Oczywiście moim własnym, subiektywnym i nie do końca poprawnym okiem.

  • Obserwator

    Dziwie się, że ty w ogóle coś dostajesz. Masz z 2k odwiedzin miesięcznie. Tylko znajomości i Warszawka.

    • Mateusz Greloch

      Strzelaj dalej :)

  • Rekinek

    Fajnie się czytało, dzięki. Może tekst o tym jak pisać do PR, co zawrzeć w mailu itd.

  • Czasem tak sobie myślę, że żyjemy faktycznie w piekielnie niebezpiecznych czasach, a na ulicach panuje anarchia. A przynajmniej taki wniosek sugeruje ilość zaginionych przesyłek i kurierów, którzy przepadli bez wieści…

    A tak na poważnie, w zasadzie wystarczyłoby, żeby ludzie traktowali się poważnie i z szacunkiem. Poprawa całej reszty nastąpi jako efekt uboczny.

    • Mateusz Greloch

      Na szczęście są jeszcze normalni ludzie na tym świecie ;)

  • Serio uważasz, że blogerzy i dziennikarze z dużych blogów/stron o technologii nie muszą oddawać produktów po testach? :D

    • Mateusz Greloch

      Uważam, tak jak zaznaczyłem w tekście, że wszystko jest podyktowane umową pomiędzy agencją a recenzentem lub redakcją. Takie umowy powinny być ZAWSZE podpisywane przy odbiorze sprzętu i respektowane. Inaczej zachowują się agencje obsługujące duże marki lub producenci telefonów/telewizorów/samochodów, a inaczej Ci bardziej gamingowi, którzy wysyłają podkładki i budżetowe myszki.

      Zapewne znane są Ci przypadki, że recenzent nie został poinformowany o warunkach [barter lub wypożyczenie] i sprzęty trafiały do komisu lub na allegro, a następnie agencja po 3-4 miesiącach przypominała się o odbiór. Znane są mi również przypadki, kiedy agencja wysłała laptopa z podpisem „miłej zabawy” do wysokozasięgowej blogerki, która za wpis bierze po kilkanaście tysięcy złotych, ona w podzięce napisała krzepiący wpis z nienachalną ekspozycją sprzętu, a kiedy artykuł się wyklikał, poprosili o zwrot sprzętu wartości 5-6 tysięcy, a na wystawioną przez blogerkę fakturę nie raczyli nawet spojrzeć. W ten sposób wykorzystali ją i jej zasięgi bez żadnej umowy, myśląc, że są sprytni.

      I tak samo jak nie do każdego przypadku można zastosować zasadę, że duże redakcje otrzymują każdy sprzęt na barter, tak samo nie można powiedzieć, że nawet mali blogerzy lub początkujące redakcje mają wszystko do zwrotu – byłem i w dużej redakcji, pamiętam też jak sam zaczynałem. Proszę nie uogólniaj w swoją stronę, kiedy oboje wiemy, jak sprawa wygląda i nie można traktować tego zero-jedynkowo ;) Szanujmy się :)