Nigdy nie ukrywałem, że bijatyki to jeden z moich ulubionych gatunków. W sercu od dziecka grał mi Tekken, ale nie zamykałem się też i na inne serie, z których każda oferowała coś unikalnego i nie pozwalała odejść od telewizora przez wiele godzin. Po blisko trzech tygodniach z Mortal Kombat X, poważnie zastanawiam się nad zmianą obozu.

Na początek trochę posłodzę: Na ogromny plus zaliczam liczbę bohaterów, szczególnie tych, które debiutują w serii. Świeżości dodają dzieci wojowników, których znamy z poprzednich odsłon – to wokół nich kręci się główny wątek fabularny w trybie kampanii dla pojedynczego gracza. Muszę przyznać, że nowe twarze mogą przypaść do gustu tym, którzy początkowo obawiali się o słuszność ich wprowadzenia, jednak po parudziesięciu godzinach w trybie sieciowym widzę, że sporo ludzi wybiera właśnie debiutantów.

Po raz pierwszy zagramy takimi postaciami jak:

  • Cassie Cage
  • D’Vorah
  • Erron Black
  • Ferra i Torr
  • Jacqui Briggs
  • Kung Jin
  • Takeda Takahashi
  • Kotal Kahn

Oprócz samych nowych bohaterów, do dyspozycji gracza oddano po trzy style walki każdym wojownikiem. Ulubiony styl wybiera się tuż po wyborze bohatera, co ma przełożenie na jego kombinacje, ciosy specjalne, a czasem całkowicie zmienia mechanikę gry i podejście do kolejnych starć. Wielka szkoda, że nie można zmieniać tych stylów w locie, jak miało to miejsce w chociażby piątej odsłonie gry.

Czym byłby Mortal Kombat, bez brutalnych Fatality i Brutality. Przyznam, że w niektórych przypadkach, usta same wykrzywiają się w grymasie bólu, kiedy innym razem wywołują nieco makabryczne salwy śmiechu. Pozdrawiam tu szczególnie jedno z Fatality Cassie Cage, która jak to dzisiejsza nastolatka – jest ogromną fanką mediów społecznościowych. Liczbę groteskowych finisherów dopełniają quitality, które polegają na karaniu gracza, który akurat wyszedł z rozgrywki sieciowej.

Nowe Fatality możemy kupić w specjalnej krypcie, która tym razem jest stylizowana na mini-tryb przygody. Przyznam, że zdarzyło mi się parę razy podskoczyć na kanapie, kiedy ni stąd, ni zowąd,  na mojego bohatera wyskoczył ogromny pająk. Netherrealm wyślę fakturę za leczenie skołatanych nerwów – to najgorszy dick move jaki mogli zastosować. Pomysł na kryptę sam w sobie jest bardzo ciekawy, jednak jeśli ktoś jest niecierpliwy lub nie chce tracić czas na dochodzenie do konkretnych grobów, to może uznać ten fragment za nużący i niepotrzebny.

1

Liczba trybów gry to nie tylko Story Mode i Versus. Netherrealm chwaliło tryb Online, gdzie gracz opowiada się za jedną z paru frakcji dostępnych w grze, a następnie pracuje na sukces całej społeczności. Są nawet specjalne wykończenia frakcyjne, kiedy nasz bohater przyzywa kompana, a ten brutalnie pozbawia życia przeciwnika. Aż miło popatrzeć. Oprócz tego na śmiałków czekają wszelkiej maści wieże, które są już chyba wizytówką serii – niektóre z nich mają specjalne modyfikatory, które wprowadzają sporo świeżości do oklepanych pojedynków. Prawdziwe tygrysy wolą jednak coś innego – rozgrywkę z żywym przeciwnikiem w trybie online.

A ten w początkowych dniach mocno skopano – matchmaking nie sądził, by wyszukiwanie przeciwników z drugiego końca globu było czymś nienormalnym. Nie musze chyba mówić, jak wyglądała taka walka? Musiałem wklepywać kombinacje na 1-2 sekundę przed faktyczną akcją na ekranie, co było całkowitą porażką. Na szczęście po łatce, sytuacja się nieco poprawiła i jedynie gracze z fatalnym łączem mogą nadal sprawiać problem. Rozwiązaniem może być też granie ze znajomymi, którzy mieszkają nieopodal, ale nic nie zastąpi zaproszenia kogoś do własnego mieszkania i obserwowanie jego miny, kiedy klepie się jego wirtualnego avatara po twarzy, a następnie brutalnie pozbawia się go kończyn.

Mortal Kombat X Towers

To jest właśnie kwintesencja bijatyk, której dziś, w dobie grania online i dystansowania się od reszty ludzi, bardzo mi brakuje. Mam jednak nadzieję, że ktoś wpadnie na genialny pomysł, by wykorzystać kamerki do obrazowania min przeciwnika podczas rozgrywek online, ba, robienia fotek przegranym, a następnie dodawania ich do kolekcji. Upokorzenie zawsze w cenie.

Z kwestii technicznych muszę pochwalić krótkie czasy ładowania, obłędną jak na bijatykę grafikę i świetną oprawę muzyczną, świetnie współgrającą z tym, co dzieje się na ekranie. Płynności też nie mam nic do zarzucenia, podczas starć animacja nie zwalnia. Inna sprawa to cutscenki, kiedy animacja zwalnia do 30 klatek na sekundę, jednak w zamian dostajemy modele postaci w wyższej jakości renderowania – nie narzekam, lubię patrzeć na ostre jak brzytwa tekstury, a same sceny przerywnikowe w trybie przygody są bardzo efektowne – dla fanów filmów akcji jak ulał. Dodano nawet QTE, które włączają się podczas paru scenek, a które przypominają bardzo mocno gry studia Quantic Dream. Jako fan tego typu gier, również nie miałem na co narzekać.

2

Żeby nie było, że gra ma same plusy – twórcom należą się srogie baty za cięcie gry na DLC. Dodatkowi bohaterowie w MK 9 już wtedy powodowały niesmak, ale tym razem poszli o krok dalej i dodali tzw. Easy Fatalities, które można odblokować w krypcie lub… kupić w systemie mikrotransakcji poprzez PlayStation Store. Wtedy zamiast wklepywać kombinację, wystarczy przytrzymać R2 i wcisnąć odpowiedni klawisz, a nasz bohater wykona efektowne Fatality. Z jednej strony system „nie chcesz, nie płać” nie jest taki zły, ale zabranie paru postaci i wciśnięcie ich w DLC nigdy mi się nie podobało.

Jeśli byliście fanem kierunku, w jakim poszedł poprzedni Mortal Kombat, a niektóre rozwiązania z Injustice: Gods Among Us uważaliście za niezwykle trafne, to Mortal Kombat X powinien Wam przypaść do gustu. Mariaż najciekawszych patentów spowodował, że Mortal jest jeszcze bardziej dynamiczny, oferuje ciekawsze kombinacje i jeśli Netherrealm poprawi kod sieciowy, może to być jedna z najprzyjemniejszych mordoklepek, które zawładną graczami przez wiele miesięcy.

Grę do recenzji podesłał dystrybutor – firma Cenega S.A.